„Nam w Ljudmile słowo «haker» kojarzy się pozytywnie”

Luka Frelih w rozmowie z Ewenem Chardronnetem
Luka Frelih jest artystą pochodzącym z Lublany, pracuje z komputerami i sieciami. To ponadto programista, niezależny haker i projektant stron internetowych. Jest jednym z najważniejszych członków stowarzyszenia Ljudmila Ljubljana Digital Media Lab, od czasów jego założenia w 1994 r. Ewen Chardronnet, redaktor naczelny magazynu internetowego Makery.info, rozmawia z Frelihem o jego 25-letnim doświadczeniu hakerskim i kreatywnym aktywizmie w stowarzyszeniu Ljudmila.

 

Po pobycie na sierpniowym obozie hakerskim PIF.camp w malowniczej dolinie rzeki Socza w słoweńskich Alpach, Ewen Chardronnet wrócił we wrześniu, by spędzić więcej czasu z organizatorami obozu w Lublanie. Wykorzystał tę okazję także do tego, aby porozmawiać o historii hakerstwa w Słowenii ze współzałożycielem Ljudmily Luką Frelihem. Spotkali się w pomieszczeniu tego stowarzyszenia, nazywanym pokojem hakerów. Luka Frelih był jednym z czołowych reprezentantów środowiska kreatywnych hakerów w Słowenii, a jego działalność została zauważona w świecie sztuki mediów w całej Europie. Odgrywał też kluczową rolę w tworzeniu środowiska sztuki Internetu (net.artu) w Słowenii w latach dziewięćdziesiątych był jednym z głównych członków pionierskich, wspólnotowych projektów, takich jak 7-11, Refresh, Remote-C czy ASCII Art Ensemble. Współtworzył legendarny projekt Makrolab, mobilne laboratorium sztuki i nauki (1997-2007), które zainicjował Marko Peljhan, oraz Projekt Atol Institute, przy którym Ewen Chardronnet i Luka Frelih spotkali się po raz pierwszy. Razem z innymi programistami z Ljudmily opracował system SLIX (przyjazną dla użytkownika słoweńską wersję Linuxa), a także różnorodne otwarte oprogramowanie, służące do zarządzania multimedialnymi bazami danych w internecie. W 2010 r. Ljudmila Media Lab zmieniło nazwę na Ljudmila Art and Science Laboratory (Laboratorium sztuki i nauki Ljudmila). Pojawiło się w nim wtedy nowe pokolenie artystów i amatorów podejścia DIY (zrób to sam), którzy stworzyli zespół Theremidi Orchestra, portal Culture.si, służący do nawiązywania współpracy międzynarodowej oraz Kulturnik.si, metawyszukiwarkę i agregator wiadomości i wydarzeń kulturalnych, a także wiele innych przedsięwzięć. W 2017 r. Ljudmila połączyła siły z inicjatywami Projekt Atol Institute i Delak Institute, by stworzyć Osmo/ nową przestrzeń do współpracy w samym centrum Lublany, w której Luka Frelih może poświęcić się pracy nad działaniami Ljudmily jeszcze intensywniej niż wcześniej.

Ewen Chardronnet: Czy mógłbyś opowiedzieć nam trochę o kulturowym kontekście, jaki towarzyszył początkom hakerstwa w Słowenii?

 

Luka Frelih: W latach 80., gdy pojawiły się Spectrum i Commodore 64, po raz pierwszy duże grupy ludzi zapragnęły posiadać własny komputer. Te urządzenia w końcu stały się osiągalne finansowo były stosunkowo tanie i można było zacząć na nich programować lub grać w domu. Na początku nie można było ich kupić w Jugosławii, import także nie był możliwy, nie licząc wysoko wyspecjalizowanych firm, sprzedających je oczywiście za ogromne pieniądze. Ale my importowaliśmy je mimo to. Ludzie jeździli do Austrii, a czasem nawet do Monachium, żeby tam kupić komputer, ukryć go w samochodzie i przywieźć tutaj. Przejście graniczne przy tunelu w przełęczy Ljubelj było popularnym miejscem ich przemytu, ponieważ ze strony słoweńskiej nie było widać strony austriackiej na drugim końcu tunelu i odwrotnie. Jeśli nie miało się szczęścia i pogranicznicy znaleźli komputer, mogli go skonfiskować lub nałożyć na niego cło. Urządzenia te były jednak małe, a funkcjonariusze nie zawsze przeprowadzali dokładną kontrolę. Można było także kupić je od osób zajmujących się ich przemytem, na przykład poprzez ogłoszenie w gazecie. W ten właśnie sposób moi rodzice kupili mi pierwszy komputer, Commodore 64 ktoś przewiózł przez granicę dwie sztuki i sprzedał im jedną z nich.

 

 

Czy wtedy właśnie zacząłeś programować?

 

Tak. Wszystkie te komputery miały wbudowanego BASIC-a, co czyniło naukę programowania dosyć prostą i oczywistą. Najpopularniejszymi programami do nich były gry. Można było kupić pirackie wersje na kasecie na targu, który odbywał się w każdą sobotę, ale też poprzez liczne ogłoszenia, na które w czasopismach komputerowych poświęcano dużo miejsca. Pewnie 80% z nich dotyczyło pirackich programów, a 20% przemycanych komputerów. Ten rynek miał ogromne znaczenie, bo dawał praktycznie jedyną szansę, aby kupić u nas oprogramowanie. W Lublanie działała ciekawa studencka rozgłośnia radiowa, Radio Študent, założona w 1969 r. i istniejąca do dziś. Każdego dnia przed rozpoczęciem programu i po jego końcu (a trwał około 12 do 14 godzin na dobę) puszczano zapis dźwiękowy gier komputerowych, zazwyczaj tych na ZX Spectrum. Można więc było nagrać te elektroniczne, brzęczące sygnały na kasetę i codziennie mieć z radia nową grę. Nikt za to nie ścigał i tak nie można było u nas kupić tych gier legalnie, zresztą nie byliśmy dużym rynkiem. Radio Študent i magazyn Moj Mikro należały do nielicznych mediów, które publikowały oryginalne, słoweńskie oprogramowanie, a jednocześnie wspierały piractwo. Można powiedzieć, że pod względem praw autorskich do oprogramowania była to epoka Dzikiego Zachodu. W erze pecetów przemyt trwał nadal, wkrótce powstał nawet słoweński sklep po drugiej stronie granicy. Później prohibicja się jednak skończyła i obniżono cła, a różne firmy zaczęły importować komputery z Tajwanu, zazwyczaj w częściach, które były potem składane w Słowenii. Już nie trzeba było jeździć za granicę, ale zanim trafiły do sprzedaży w Słowenii, minęło sześć czy siedem lat. Były sprzedawane pod marką dystrybutora, nie miały loga producenta i kosztowały naprawdę dużo. Większość części płyty główne, karty sieciowe, obudowy pochodziła z Tajwanu.

 

 

Kiedy pojawiły się więc pierwsze społeczności hakerskie?

 

Historia hakerstwa rozpoczyna się wtedy, gdy pojawia się ogólnodostępny internet, 10 lat po wejściu na rynek komputerów domowych, a więc w pierwszej połowie lat 90. Okres, w którym BBS-y (Bulletin Board Systems) zaczęły oferować dostęp do sieci, był również początkiem działalności Ljudmily. W 1994 r. stworzyliśmy naszą pierwszą stronę internetową, a wówczas istniała już sieć akademicka ARNES Academic Research Network of Slovenia, w której nie płaciło się za dostęp, ale za czas połączenia telefonicznego. U komercyjnego dostawcy, należącej do Telekom spółki SIOL (Slovenia Online), nie płaciło się za połączenie telefoniczne, ponieważ można było skorzystać z darmowych numerów, ale płaciło się za czas połączenia internetowego. Pewien haker znalazł więc sposób, żeby wykraść nazwy użytkowników i hasła z bazy danych SIOL i zaczął nimi handlować. To pozwalało spędzić więcej czasu w internecie, ponieważ nie trzeba było za niego płacić rachunek za czas naszego połączenia dostawał ktoś inny. Między administratorami Telekomu a hakerem, który odkrył tę lukę, powstał konflikt. Inni ludzie także wykorzystywali ją, aby wykraść hasła, i próbowali zarobić na ich sprzedawaniu. Tak wyglądała pierwsza fala hakerstwa w Internecie.

 

 

Dlaczego zostało założone stowarzyszenie Ljudmila?

 

Ljudmila została założona przez inicjatywę Fundacji Georgea Sorosa, Open Society Institute, i miała być przestrzenią dla artystów, w której spotyka się sztuka, technologia i wiedza. W ten sposób powstało Ljubljana Digital Media Lab Ljudmila. Początkowo była to liczna grupa artystów, którzy chcieli pracować z nowymi technologiami, ale potrzebowali do tego określonych umiejętności, a ja byłem jednym z hakerów/programistów w tej inicjatywie, którzy się na tym znali. Najbardziej aktywnymi artystami byli na początku Marko Peljhan i Vuk Ćosić. Realizowali projekty, uczyli się projektować strony internetowe i przekazywali tę wiedzę innym artystom oraz tworzyli naszą pierwszą przestrzeń.

 

Ponieważ fundacja już wcześniej finansowała sprzęt dla szkół, służący do komunikacji w sieci ARNES, ta zagwarantowała darmowy dostęp do internetu dla Ljudmily. My wynajęliśmy linię i zapewniliśmy ze swojej strony serwery i routery, a oni samo połączenie. Wtedy mieliśmy także własne serwery dial-up, przez które ludzie łączyli się z siecią, dzwoniąc na modem. Płacili tylko za połączenie telefoniczne, jak ARNES, ale czas połączenia internetowego był darmowy, podobnie jak skrzynka mailowa i hosting stron www. Ponieważ artyści i organizacje kulturalne nie mogli bezpośrednio założyć konta poprzez sieć ARNES, to rozwiązanie stanowiło niejako hakerstwo, omijało przepisy po to, by przedstawiciele świata kultury, organizacje pozarządowe i aktywiści mieli dostęp do pierwszych stron internetowych i skrzynki mailowej za pośrednictwem Ljudmily. Dziś ministerstwo kultury także finansuje sieć ARNES, można więc oficjalnie dostać od nich nazwę użytkownika i korzystać z ich usług, ale wtedy nie było to bezpośrednio możliwe.

Czy mógłbyś przytoczyć kilka typowych historii hakerskich z tamtych czasów?

 

W tamtym okresie niezwykłą popularnością w internecie, zwłaszcza wśród młodych, cieszył się czat IRC. Najlepiej było posiadać status op, operatora kanału, bo wtedy można było wyrzucać z czatu denerwujące osoby, miało się władzę. Niektórzy nauczyli się przeprowadzać atak DoS, Denial of Service (zablokowanie dostępu do usługi) i stosowali go przeciwko sobie nawzajem, aby na chwilę odciąć innym dostęp do internetu, a gdy op odłączył się od kanału można było samemu stać się operatorem i przejąć kontrolę. Niektórym wychodziło to naprawdę dobrze i hakowali także komputery za granicą, by wykorzystać je do ataków DoS aby przejąć kanał potrzebne było dużo urządzeń z dobrym połączeniem internetowym, z których można było wysyłać dużo danych na konkretny adres IP tak, by go przeciążyć. Pewnego razu jeden z tych chłopaków, działający pod nickiem SENSEI, zaatakował głównego słoweńskiego dostawcę SIOL, aby zaprotestować przeciwko adminom, którzy nie chcieli zaprzestać ataków na niego. Zadzwonił do nich, mówiąc, że jest atakowany, nie działa mu internet i prosząc, by coś zrobili. Oni odparli tylko dostałeś to, o co prosiłeś, więc teraz musisz cierpieć. W odpowiedzi on przez kilka dni przeprowadzał ataki DoS na serwery z ich domeną, w efekcie wyłączając je, na czym ucierpiało wielu klientów. Dla SIOL było to oczywiście nie do zaakceptowania, dlatego odcięli go, ale nie chcieli tracić go jako klienta, więc ostatecznie zablokowali mu dostęp do zagranicznych sieci i wyłączyli mu międzynarodowy internet. Nie mógł już hakować innych, ale to oznaczało też, że inni nie mogli hakować jego, używając komputerów znajdujących się poza granicami Słowenii. Nie stanowiło to dla niego problemu, ponieważ i tak interesowała go wyłącznie krajowa sieć IRC, a dodatkowo stał się odporny na ataki DoS. Ostatecznie wszyscy byli zadowoleni.

 

 

Czym się teraz zajmują te osoby?

 

Wielu z tych chłopaków znalazło pracę jako specjaliści ds. bezpieczeństwa lub programiści. Pierwszy z nich, który znalazł lukę w systemie i wykradał hasła, pracował w dziale wsparcia technicznego w ARNES. Był więc kimś kompetentnym, kto miał trochę za dużo wolnego czasu. SENSEI natomiast był tak naprawdę dzieciakiem z podstawówki. Powiedziałbym, że większości hakerów w Słowenii nie interesowało zarabianie pieniędzy, ale raczej odkrywanie nowych rzeczy, pokazywanie swoich umiejętności i wiedzy, może też wynajdywanie luk i chwalenie się tym.

 

Mamy też dwie inne ciekawe historie hakerów w Słowenii, które są dość typowe i dobrze pokazują tę postawę.

 

W 2004 r. szesnastolatek kryjący się pod nickiem Slonček założył serwis Suprnova.org, który przez kilka lat był najpopularniejszym na świecie trackerem BitTorrenta. Jednak dwa lata później zaczęła ścigać go policja i postanowił zamknąć stronę. Wówczas istniały już inne podobne portale, takie jak The Pirate Bay, które były lepiej przygotowane do radzenia sobie z kłopotami prawnymi.

 

Druga historia, mniej śmieszna, rozpoczęła się w 2013 r. Dejan Ornig został zatrudniony przez słoweńską policję do hakowania, szpiegowania i informowania funkcjonariuszy o kontach mailowych, Facebookowych i innych, należących do ponad 300 osób podejrzanych. Wtedy też zorientował się, że policja korzystała z bezpiecznego systemu łączności radiowej Tetra w nie do końca bezpieczny sposób i ostrzegł funkcjonariuszy. Po pewnym czasie stwierdził, że nie zareagowali oni na te informacje, doniósł o tym mediom, przez co zaczęto go ścigać za zhakowanie systemu. Zdaje się, że dwóch policjantów, którzy zatrudnili Orniga, także było ściganych, ale dziś nie wiadomo, jak skończyła się ta historia.

 

 

Istnieją jednak przykłady będące przeciwieństwem tych historii, prawda?

 

To prawda. Jednym z nich jest historia, która wydarzyła się mniej więcej w 2008 roku. Pewien Słoweniec napisał złośliwe oprogramowanie o nazwie Butterfly Bot, które zostało wykorzystane przez grupę przestępczą z Hiszpanii do stworzenia sieci Mariposa Botnet. Stworzył bota rozprzestrzeniającego wirusy, zaczął sprzedawać go na czarnym rynku i pobierał opłatę poprzez Western Union albo na konto bankowe swojej partnerki. Ponieważ grupa z Hiszpanii zainfekowała przez ten botnet ponad milion komputerów na całym świecie, w końcu oprogramowanie to kupiło także FBI, prześledziło drogę, jaką przebyły pieniądze i dotarło do konta bankowego w Słowenii. Gdy sprawca, Matjaž Škorjanc, ukrywający się pod pseudonimem Iserdo, został znaleziony przez policję, okazało się, że robił to dla pieniędzy i nie był skłonny przestać. Choć skonfiskowano wszystkie jego komputery, następnego dnia poszedł do sklepu i kupił nowe za gotówkę w końcu miał jej bardzo dużo. Gdy agencja NSA podobno chciała go zatrudnić i wysłać na Hawaje, które dziś słyną z tego, że pracował tam także Edward Snowden, po prostu kazał im się od siebie odwalić. Dwa razy przyszli do jego domu i zabrali wszystkie komputery, ale ciężko im było znaleźć dowody. Ostatecznie udało im się wszcząć przeciwko niemu śledztwo i skazać go spędził 5 lat w więzieniu w Słowenii.

Słowenia nie dokonuje ekstradycji swoich obywateli, stało się więc inaczej niż w przypadku Guccifera, Rumuna, który został wydalony. Ale jego działalność hakerska była bardziej widoczna i polityczna, prawdopodobnie nie robił tego dla pieniędzy. Nie był pewien swojej motywacji, ale zapewne próbował ujawnić przypadki korupcji oraz intrygi. Iserdo natomiast pisał złośliwe oprogramowanie jedynie dla pieniędzy.

 

Po wyjściu z więzienia w 2014 r. Iserdo stworzył NiceHash, agregator do kopania kryptowalut, dziś znany z tego, że wykradł z ich portfela 4700 Bitcoinów w 2017 r., których ówczesna wartość wynosiła 64 miliony dolarów.

 

Właśnie w tym miesiącu (październik 2019) został aresztowany w Niemczech na podstawie wznowionych zarzutów ze Stanów Zjednoczonych, dotyczących botnetu Mariposa i forum cyberprzestępczego Darkode. Widać więc, że szczęście nadal mu nie sprzyja i że nie wyszedł z tarapatów.

 

 

Jak definiuje się więc pojęcie haker w stowarzyszeniu Ljudmila?

 

Od początku słowem haker określaliśmy kogoś kreatywnego, kto używa lub nadużywa technologii, ale nie hakerów o złych intencjach tych nazywamy krakerami. Dla nas słowo haker ma pozytywne konotacje. Nazywamy tak sami siebie jesteśmy hakerami, a tego wywiadu udzielamy w pokoju hakerów, gdzie pracują programiści. Organizujemy też obóz hakerski PIFcamp, na którym spotykają się ludzie zajmujący się sztuką i technologią, aby poeksperymentować, konstruować prototypy projektów, budować społeczność międzynarodową i po prostu dobrze się bawić. Ale większość hakerów w Słowenii decyduje się na pracę w branży bezpieczeństwa informacyjnego (InfoSec) nazywamy ich hakerami white hat albo aktywnie udziela się w mediach. To tak zwani haktywiści, którzy protestują przeciwko umowom handlowym takim jak ACTA i próbują walczyć o bardziej sprawiedliwy system praw autorskich poprzez sieci typu Creative Commons lub używając wolnego i otwartego oprogramowania, ewentualnie tworząc otwarte systemy komunikacji, takie jak sieci wi-fi mesh.

 

Na przykład Lugos, słoweńska grupa dla użytkowników Linuxa, długo dysponowała miejscem, które nazywało się Kiberpipa, po angielsku Cyberpipe. Było ono bardzo ważne dla kultury hakerskiej, pojawiało się w nim wielu młodych, utalentowanych ludzi, przynajmniej na początku, póki nie przeszli do branży start-upów. Później także oni stracili swoją przestrzeń, a większość członków grupy jest dziś trochę starsza i potrzebuje pracy, dlatego już nie są tak widoczni. Jedną z grup w Cyberpipe jest Muzeum Komputerów, które w zeszłym roku dostało w końcu własną przestrzeń i obecnie remontuje ją, by znów pokazać szerszej publiczności kolekcję starych komputerów i archeologię komputerową.

 

We wczesnych latach dwutysięcznych państwo, a konkretnie ministerstwo społeczeństwa informacyjnego, krótko wspierało projekty z zakresu wolnego oprogramowania i Linuxa, na przykład tłumaczenia. Nawet w Ljudmile stworzyliśmy system SLIX, przyjazną dla użytkownika słoweńską wersję Linuxa. Ale po kilku latach ministerstwo zaczęło zajmować się głównie infrastrukturą rządową, nie istnieje więc teraz prawie żadna ścieżka finansowania dla tego rodzaju organizacji pozarządowych, działających na rzecz społeczeństwa informacyjnego już od dekady, mimo że jest to istotny aspekt życia społecznego. Wiąże się bowiem z autonomią, prywatnością, sprawiedliwością i zwraca przeciwko kapitalizmowi inwigilacyjnemu w stylu tego w Dolinie Krzemowej. W naszym stowarzyszeniu wciąż mamy własne serwery e-mail i www, ale ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ duże, scentralizowane korporacje, takie jak Facebook czy Gmail, przejęły dziś pewnie około 90% klientów w Słowenii. Przypuszczam, że podobne historie można spotkać w całej byłej Jugosławii.

Co więc czeka nas w przyszłości?

 

Jest wielu weteranów hakerstwa w internecie, działających na rzecz wolnego oprogramowania, którym wciąż przyświecają dawne ideały, ale stanowimy jedynie małą grupkę w porównaniu z inicjatywami komercyjnymi. Każdy posiada dziś smartfon z Androidem lub iPhonea, ale nikt nie zastanawia się, jak one działają, jakie dane zbierają, dlaczego i kto na tym korzysta.

 

Nie jestem optymistą i nie sądzę, że Unia Europejska, a tym bardziej Słowenia, jest w stanie zbudować efektywną suwerenną lub autonomiczną infrastrukturę. Nawet teoretycznie korzystne inicjatywy, takie jak regulacje RODO czy pierwsza próba stworzenia dyrektywy dotyczącej plików cookie, choć powstały w dobrej wierze i miały zmienić coś na lepsze, mają tylko dwie konsekwencje: po pierwsze nie zmieniając wiele denerwują ludzi i pozwalają zarobić ogromne pieniądze prawnikom, a po drugie wielkie korporacje i tak znajdą legalny sposób na obejście tych przepisów poprzez dopiski drobnym drukiem.

 

Nowa dyrektywa dotycząca praw autorskich, która początkowo została odrzucona, ale przeszła w drugim głosowaniu i teraz musi zostać wdrożona w poszczególnych krajach Unii Europejskiej, moim zdaniem tylko pogarsza sytuację. Jesteśmy coraz bardziej bezbronni. Nikt nie egzekwuje tych przepisów na co dzień, ale jeśli w jakiś sposób zakłócimy porządek i staniemy się widoczni, zawsze coś na nas znajdą i wywrą na nas presję. Cały czas łamiemy prawo, ale nic się nie dzieje póki nie staniemy się dla nich problematyczni wtedy łatwo będą mogli zamknąć nam usta i ukarać nas.

 

Kwestia prywatności jest pod pewnym względem podobna do praw autorskich. W Słowenii nie ma wielkich korporacji z branży internetowej ani z branży praw autorskich, ponieważ słoweński to mały język. Moim zdaniem sprawy nie idą we właściwym kierunku. Będziemy płacić coraz więcej za prawa autorskie Amerykanom i przekazywać coraz więcej naszych danych do amerykańskiego internetu.

 

 

Jakie jest twoje zdanie na temat wojny ekonomicznej pomiędzy Chinami a USA? Jednym z jej przejawów jest to, że najnowszy model Huaweia, Mate 30, nie będzie korzystał z systemu Googlea Androida.

 

Jeśli nie będzie korzystał z systemu Googlea, niektórym hakerom może się spodobać! Ale większość ludzi będzie chciała korzystać z Facebooka, Instagrama, YouTubea. Zawsze przypominam, że jeśli YouTube nie zostałby kupiony przez Googlea, bardzo szybko zostałby zdelegalizowany. Ale ponieważ Google kupił tę platformę, wprowadzono w Stanach specjalne prawo, legalizujące ją. Prawo europejskie nie jest tak sprytnie skonstruowane i nie umożliwia powstania całej branży w tak łatwy sposób. Oczywiście ustawodawcy próbują przeciwstawić się Dolinie Krzemowej, ale jednocześnie jeszcze bardziej utrudniają funkcjonowanie małym inicjatywom tutaj w Europie. Nawet jeśli nie kreują bezpośrednio problemów, to każdy, kto świadczy usługi autonomiczne, coraz bardziej obawia się, że zrobi coś zakazanego przez jedno ze wszystkich tych praw.

 

Następna walka będzie toczyć się wokół sieci komórkowej 5G. Kto ją wdroży? Czy znajdzie się w każdej lodówce i tosterze albo w każdym liczniku prądu? Co to wszystko oznacza? Ktoś będzie mógł sprawdzić, o której godzinie wstajesz, kiedy robisz kawę, a nawet jakie filmy oglądasz, tylko na podstawie zużycia energii elektrycznej w danej sekundzie.

 

 

Ta technologia będzie także używana w celu śledzenia nielegalnej pracy wykonywanej na urządzeniach nocami w piwnicach, identyfikacji niezależnych rolników albo nawet osób uprawiających w domu marihuanę przy użyciu technologii hydroponicznej...

 

To prawda, prywatność zaczyna zanikać na różne sposoby, z których jeszcze nie zdajemy sobie sprawy. Problemem jest po pierwsze, że ludzie chcą korzystać z tych technologii, z telefonów, aplikacji i komunikatorów przyjaznych dla użytkownika, a po drugie to przynosi pieniądze. Nawet dobry rząd miałby opory przed powstrzymaniem czegoś, na czym dobrze się zarabia, ponieważ oznacza to także większe wpływy z podatków, a to pomaga w reelekcji...

 


Więcej informacji o Luce Frelihu: https://wiki.ljudmila.org/Luka_Frelih_CV

Więcej informacji na temat Ljudmila Art & Science Laboratory: https://wiki.ljudmila.org/Main_Page


Tłumaczenie z języka angielskiego: Paweł Wasilewski

 

BIO

 

Ewen Chardronnet (Francja) jest autorem, dziennikarzem, kuratorem i artystą. Aktualnie jest redaktorem naczelnym Makery.info, magazynu w języku francuskim i angielskim, poświęconego kulturze zrób to sam i branży kreatywnej. Od wczesnych lat 90. uczestniczył w wielu przedsięwzięciach artystycznych, a jego eseje ukazywały się w licznych publikacjach. Często wykładał, był także członkiem zarządu i komitetu doradczego w wielu organizacjach działających na polu sztuki i technologii. Razem z grupą artystyczną Bureau détudes założył magazyn i kolektyw performatywny The Laboratory Planet. Jego ostatnia publikacja to narracja oparta na faktach, dotycząca tajnej historii amerykańskiego programu kosmicznego (Mojave Epiphanie, Inculte, marzec 2016).

 

Luka Frelih jest artystą, który pracuje z komputerami i sieciami, programistą, hakerem wolnego oprogramowania i projektantem stron internetowych. Jest jednym z najważniejszych członków stowarzyszenia Ljudmila Ljubljana Digital Media Lab od czasów jego założenia w 1994 r.

Jest także jednym z założycieli Culture.si oraz Kulturnik.si, portali z informacjami kulturalnymi, prowadzonych przez stowarzyszenie Ljudmila.

Współpracował przy wielu przedsięwzięciach łączących technologię i sztukę. Jest członkiem Makrolab, ASCII Art Ensemble i pionierskich, wspólnotowych projektów z zakresu sztuki Internetu (net.artu), takich jak 7-11, Refresh, Remote-C. Zaprogramował kamerę Instant ASCII Camera, generator sztuki internetu i więcej niż jeden interfejs map internetowych dla agentów programowych połączonych z radiem. Razem z innymi programistami z Ljudmily stworzył system SLIX, a także różnorodne otwarte oprogramowanie, służące do zarządzania multimedialnymi bazami danych w internecie.

*Zdjęcie w tle: Logo Ljudmily ze światecznych lampek. Źródło: Ljudmila - Ljubljana Digital Media Lab.