Piękno a sztuka w nowoczesności postkrytycznej

Sławomir Marzec

Na wstępie wyznam, że piszę ten tekst jako praktykujący nie-marksista, a w podobnym stopniu także nie-liberał i nie-konserwatysta. Bo nade wszystko interesuje mnie stawanie się poprzez sztukę. A ona moim zdaniem stanowi wyjątkową sferę, dzięki której możemy próbować wyrywać się z bezpośredniej reaktywności na rzecz pogłębionych doświadczeń i refleksji niemożliwych w meandrach codzienności. Tylko poprzez sztukę można próbować wytrwać wobec złożonej, dynamicznej wielowymiarowości istnienia. Trwonienie tego fenomenu dla usprawniania codzienności uważam za z gruntu chybione. Są po temu inne bardziej skuteczne środki. A zresztą mamy już świadomość jak nikłe są skutki sztuki zaangażowanej (nie licząc mobilizacji neofundamentalizmu). Oczywiście z taką postawą trudno znaleźć miejsce w przestrzeni publicznej naszego kraju, zredukowanej do czułego zwarcia samych skrajności. Tym bardziej doceniam zaproszenie redakcji Obiegu do dyskusji o pięknie.

 

O dziejowych przemianach rozumienia piękna pisał nie będę, bo chyba i... nie ma potrzeby. Dla znakomitej większości współwspółczesnych punktem odniesienia nie jest już historia, metafizyka, uniwersalne ideologie, teorie, lecz teraźniejszość. Codzienność. Kultura masowa, a być może już tylko taka funkcjonuje (bo któż faktycznie odróżnia jeszcze kicz subwersywny od kiczu prawdziwego, a clinamen od bazgrołu?) i obywa się bez tych nadbudów. Dla jej koniunkturalnego dryfowania wystarczy moda, kampanie reklamowe i doraźne słuszne furie. Piękno, a może już tylko jego mit i erzace, zostało wpisane w kulturę marketingu, w ekonomię zarządzania elementarnymi emocjami. Nie tyle transcenduje, co czyni zakładnikami naszych uwarunkowań i popędów. Te deprymujące twierdzenia piszę bez entuzjazmu. Czym zatem jest piękno dzisiaj? Z całym swoim bagażem podtekstów i obietnic? Dawny podział na piękno zbawiające, transcendujące, istotne i na piękno realne został zatarty. Tylko nieliczni szczęśliwcy zdolni są jeszcze do zachwytu i kontemplacji. I mający przy tym odwagę wydobyć się z otępienia obowiązującej agonistycznej wyrazistości i radykalizmu. Dziś piękno zostało sfunkcjonalizowane. Nie wyzwala, nie stawia wyzwań, lecz raczej tylko otumania, wystawia na doraźne manipulacje. Stało się medium reklamy, marketingu, socjotechniki. Doświadczając go instynktownie czujemy obawę, że zaraz ktoś wykorzysta chwilę zauroczenia i sprzeda nam jakiś odkurzacz albo zapisze do jakiejś partii. Ponadto ogarnia nas szał nieustannych redefinicji i modernizacji, które coraz nieprzytomniej i radośniej zamieniają wszystko we wszystko. Każdy ma prawo inaczej piękno określać. A ponadto możliwości techniczne i profesjonalizacja PR`u powodują, że mimikra, udawanie są coraz łatwiejsze. Bezproblemowo można symulować nie tylko piękno, ale i inteligencję, wybitność, kreatywność, empatię.

 

Rzecz skracając: każda epoka ma własny rodzaj piękna. A dzisiaj mamy piękno... zakazane, bo podobno odwraca uwagę od nędzy, przemocy (i zastępujemy je przez abject[1]). Piękno niemożliwe, bo podobno świat dany w samych zmiennościach wyklucza kontemplację i zastępuje ją niezobowiązującą atrakcją. Piękno spekulacyjne jako inwestycja, ale i jako modus ekspercki. Piękno marketingowe dryfowane modą. Piękno funkcjonalne ramowane liminalną elegancją. Piękno demokratyczne, czyli... disco polo. No i piękno nieistotne jako zamazany sztafaż antyesencjalizmu, mikrologii, konstrukcjonizmu kulturowego etc. Mamy wobec tego dwa wyjścia: uznać piękno za relikt przeszłości, albo zwalczać aktualność za jej redukcjonizm. Ja wybieram to drugie, co wcale nie znaczy, że walczę o powrót minionego. Uważam bowiem, że nie tyle ważne są dalsze przemiany sztuki, jej kolejne redefiniowanie czy oddefiniowywanie, lecz sztuka w możliwej jej pełni tu i teraz.

 

Sztuka dążąc do zamiany w spontaniczną kreatywność wyzbywa się samookreśloności. Nie staje się wszakże obiecanym polem wolnej kreatywności, lecz zakładnikiem obowiązujących metanarracji: rynku (i jej logiki byle jakiej nowości), mass mediów (zamieniających sztukę w atrakcyjna anomalię), systemu eksperckiego artworld i polityki. Dodajmy ponadto, że sama spontaniczność okazała się obsługiwaniem nieświadomych i najprostszych schematów. Strategii wychodzenia z dzisiejszego klinczu jest kilka, a żadne zbyt dobre. Po pierwsze: wiara, że zachwyt zbawia i heroiczne trwanie przy tradycyjnych fundamentach w nadziei na ich ostateczną trwałość. I na doczekanie rychłej apokalipsy. A póki co mozolne rozróżnianie piękna prawdziwego i piękna złudnego. Feler takiego stanowiska polega głównie na tym, że koniec końców bronić owego uduchowionego piękna musimy w realnych błotach manipulacji. Niekiedy nawet słusznej czy szlachetnej. Ponadto wpadamy w przymus negacji wszystkiego, co nowe, bo sam racjonalny spór o to, co lepsze jest wykluczony choćby mocą dzisiejszej prędkości zanikania (Paul Virilio) i drygawicą opinii publicznej. Stajemy też w kontrze do coraz bardziej zhierarchizowanych centr sztuki mających monopol na koniunkturalne definiowanie tego, co aktualne i światowe (tzw. art-bay).

 

Sztuka współczesna z kopytkami wpisana w kult wolności, kreatywności, społecznej skuteczność etc., właściwie poddała piękno. Istnieje pogląd, że nieomal cała twórczość ubiegłego wieku realizowała estetykę wzniosłości czyli tragizm niemożliwości piękna. Zostało ono zastąpione przez inne fundamenty: ekspresję, autentyzm, krytyczność, zaangażowanie. Lukrom reklamy i pudrom PR `u artyści przeciwstawiali ich negatywy: wulgarność, obscenę, pornografię, prowokację. A być może byli po prostu na to skazani, o ile tylko próbowali dowieść swojej obywatelskiej użyteczności. W skrócie, z poetyki wrażliwości (sublimacji) próbowano się ratować polityką wrażliwości czyli funkcjonalną desublimacją, twórczą destrukcją (Asger Jorn), postestetyka blob etc. Albo przymusową reedukacją i kneblowaniem ust mających inne gusta (tzw. no-platforming, tolerancja represywna). Sztuka jako walka właściwie bezwiednie wpisuje się w tradycję marksistowską. Obecnie nawiedza nas ona swym widmem w postaci konstrukcjonizmu kulturowego tworzonego performatywnym agonem. Generuje nowy ideał rewolucyjnego piękna jako słusznego hejtu. Artyści umieją tu głównie walczyć o wolność, sztukę, emancypację etc., ale najczęściej nie potrafią ich już realizować, ani doświadczać.

 

Zachwianie tradycyjnej komplementarnej równowagi kultury (praktykowania, jakości) i cywilizacji (skutecznej adaptacji przez technologię, prawo etc.), spowodowało próby utożsamienia nowej globalnej kultury z cywilizacją funkcjonalnej poręczności i plastyczności (Catherine Malabou). Ustanowiło prymat paradygmatu przyrodniczego. Humanistka podporządkowana temu modelowi porzuca motywacje na rzecz przyczynowości. Chcemy tutaj rozumieć (także sztukę i piękno), a nie doświadczać i przeżywać. W konsekwencji piękno ostatniego stulecia określane bywało zazwyczaj przez zewnętrzne wobec sztuki dyskursy społeczne. Przede wszystkim odrzucono bezinteresowność i całościowość na rzecz partycypacji i fragmentarycznej doraźności. Wszakże bezinteresowność powinna przybrać nową formę relacji wobec złożonej wielowymiarowości, wobec której zresztą wszelka doraźna interesowność okazuje się niedorzeczna. Kolejnym wyznacznikiem jest istotność piękna. Obecnie zastąpione przez antyesencjalizm i swobodę kulturowego konstrukcjonizmu. Także niesłusznie, zważywszy na ponure konsekwencje grzęźniemy w czczym subiektywizmie i performatywnym agonie, który musi kończyć się dominacją bezczelności i uznaniem sprytu za jedyną kompetencję kulturową. Zachowanie pojęcia istotności, prawdy (jako optimum czy dążenia do niej, a nie jej posiadania) i wynikającej z niej hierarchiczności jest mobilizujące, bo skazuje na nieustającą refleksję i spór, na deliberację. Nie boję się pisać o hierarchizacji, bo mimo iż doceniam rozliczne powaby antyesencjalizmu, to dostrzegam też jego jeden niewielki mankament w praktyce jest on niemożliwy, bowiem zawsze, nawet nieświadomie wartościujemy i oceniamy. A działanie nieświadome wcale nie oznacza wolności. Ściśle powiązany z tym jest problem wolności. Pomysł, że zdołamy odrzucić wszelkie uwarunkowania jest po prostu szalony (co z oddychaniem?...). Te, które pozostaną z większą siłą będą nas de/formować. Inny zamysł, aby odrzucić opresje kulturowe na rzecz spontaniczności, jedynie zamienia nas w kamerdynerów popędów i zakładniczki płciowości. A kolejny pomysł utożsamiający wolność z gruzowiskiem tradycji jest po prostu niepoważny. Bo znając choć nieco historię z samego pogorzeliska raczej monstra i hordy się wychylą. Ponadto retoryka udająca spór wolności postępu z opresją konserwatyzmu niczego nie daje. Warunkiem dyskusji na argumenty jest uznanie, że jest to spór różnych wizji wolności. Szczegółowiej o tym pisał nie będę, bo i tak każdy do upadłego będzie bronił swojego wyobrażenia wolności, czyli tego, co mu łatwiejsze i przyjemniejsze. Pora wszakże wyrwać się z tradycyjnego sporu między biblijnym poznaj prawdę a będziesz wolny i gnostyckim bądź wolna a poznasz prawdę. Polecałbym tu uwadze Odo Marquarda koncept wolności jako pomnażania wielości naddeterminacji, co pozwalałoby nimi grać i wzajemnie neutralizować. Aby wyczarowywać przelotne i być może tylko złudne chwile wolności. Reasumując: niejakiej nadziei, a to byłoby trzecie wyjście, można by upatrywać w rozumieniu piękna jako jakości doświadczenia zmysłowego (gr. aisthesis). Lecz właśnie piękna problematyzującego istotność, zdolnego sprostać wielowymiarowości istnienia i wpisanego w nasze gry o sens. Zatem już nie sam zachwyt i chwila spełnienia, lecz piękno trudne, stawiające wyzwania. Piękno nieodrzucające rozumienia, lecz właśnie piękno myślące stąd zresztą mój koncept obrazu deliberującego. Strategia taka jest niełatwa, wymagająca, ignorująca obowiązujące schematy sukcesu, więc i namawiać do niej szerzej nie będę.

 

Dodać wszakże należy, że samo utożsamianie sztuki z pięknem jest raczej pochopne. Analogicznie z czystą ekspresją, autentyzmem czy ze wspomnianą już słuszną furią. Postkrytyczna nowoczesność, w której aktualnie się pławimy, odrzuca wszelkie proste identyfikacje i stojące u jej podstaw absolutyzacje. Bo sztuka dzisiejsza jest konfiguracją różnych wymiarów i porządków. Odkrywa momenty ich współzależności, kontradykcji i bezradności w perspektywie wielowymiarowości istnienia. A nie stanowią one nieruchomego rezerwuaru znaczeń i sensu, lecz kreują wyzwania niezbędne dla pełniejszego samookreślenia. Nadal istnieją pytania, ale i wizualne doświadczenia, które każdy powinien sam przeżyć i przemyśleć. (Tu uwaga: krytycy wzrokocentryzmu nie zauważają podstawowego faktu, że widzimy całym sobą, swoją obecnością. A nie tylko siatkówkowo). Chodzi o to, by wciąż na nowo odnajdywać właściwy dla tych doświadczeń horyzont. I niezbędny... spokój.

 

Piękno tkwi głęboko w naszych przed/dyskursywnych trzewiach, jak i w ogólnikach metanarracji. I będzie wciąż na nowo krystalizowane, negowane, zawłaszczane, prostytuowane. Nie ma na to ratunku. Ważniejsze wszakże niż obrona piękna jest troska o zachowanie sztuki. Bo może ona zdechnąć, zamienić się w czystą funkcjonalność, w marketing, propagandę, PR, NLP, socjotechnikę etc. Podstawowym warunkiem przetrwania sztuki jest autentyczny pluralizm. A dziś bywa on zazwyczaj koniunkturalnie wymyślany przez tych samych ludzi z tych samych pozycji. Każdy też rości sobie prawo bycia sędzią, dawcą lub strażnikiem norm. I chyba tylko po to, aby nie musieć samemu ich wypełniać. Tymczasem istnieje jednocześnie wiele różnych pluralizmów. I prawdę mówiąc każdy ma prawo doświadczać sztuki na własną miarę, na miarę horyzontów sensu wobec których istnieje. Normy aktualności, światowości etc. nie mają tu zastosowania. Stąd też i mój koncept policentrów sztuk (liczba mnoga).

 

Niestety, powszechne dziś wołanie o otwartości, czyli de facto automatyzm negowania wszelkich norm, zamienia się w różnorodność, w czczą obojętność i bezradność wobec czystej zmienności, nadmiaru i morfingu. Tymczasem pluralizm aby działał, musi w jakimś stopniu być czytelny. Potrzebujemy więc rozpoznawalnej różnicy różnic, a nie samej gry intensywności. Pluralizm powinien dotyczyć również idei sztuki sztuk. Jak wspomniałem, należę do ludzi wątpiących w nadrzędność samego rozwoju sztuki, w samą jej zmienność (w łamanie reguł, przekraczanie granic). Raczej w jej zatarg z kolejnymi aktualnościami. Paradoks polega na tym, że nie ma poszerzonego pola sztuki, a tylko przemieszczone. Do tej pory uważano, że np. nowe technologie czy problemy sprowokują nowe formy sztuki i nowe jej znaczenia. Tak, ale jednocześnie zacierają, unieważniają inne wymiary. Tak więc dzisiejsze kuratorki specjalizujące się np. w dekonstrukcji tożsamości płciowej, są niewątpliwie wybitnymi jej ekspertkami, ale już zazwyczaj nie mają pojęcia o malarstwie. Bo wydolność naszej przytomności jest ograniczona. Zatem każdą modernizację sztuki należy natychmiast uzupełniać o to, co ona unieważnia. O ile pamiętam, to Ulrich Beck pisał, że ponad 70% nowych modernizacji powstaje jako likwidacja niepożądanych skutków poprzednich modernizacji. Powtórzę dla pewności: bo celem nie jest sam rozwój, historia sztuki, postęp, ale doświadczanie optymalnej postaci sztuki tu i teraz. A że nam ludziom nie jest dostępny całościowy, boski ogląd wszystkiego, więc i nasz postęp nie jest niczym innym niż przemieszczaniem się w sytuacyjnych totalizacjach. Dodatkowym problemem jest zmiana charakteru instytucji mainstreamowych. One nie obsługują już artystów i widzów, ale ich programują. Narzucają ważne tematy, aktualne strategie, schematy sukcesu. Bo inaczej nie załapiemy się na stypendia, wystawy, zakupy prac, publikacje etc. Sztuka zatem okazuje się nie tyle sferą wolności, co... społecznej korupcji. Temat ten poruszałem już w wielu publikacjach i do nich odsyłam (np. ostatnio wydana książka Zabobony sztuki najnowszej).

 

Jeśli nie zgadzamy się na koncept nadrzędności rozwoju sztuki nad jej jakością, to nie można także godzić się na twierdzenie, że postsztuka i artywizm stanowią jedyną ważną i aktualną jej formację. Moim zdaniem są to zjawiska równoległe, oparte na odmiennych paradygmatach. Również o tym już wielokroć pisałem, więc tylko przypomnę najkrócej. Otóż ich odmienność jest chybotliwa, niedookreślona, ale sama świadomość tego może być trzeźwiąca. Sztuka zatem rozgrywa się między biegunem piękna i wzniosłości. Między przeróżnie pojmowaną harmonią (też etyczną, witalną) a tragizmem jej niemożliwości. Sztuka realizuje wielowymiarową przestrzeń naszego istnienia, także duchową (w religijnym lub humanistycznym rozumieniu). Natomiast postsztuka wpisuje się w aktualność generowaną owymi metanarracjami (rynku, mass mediów, eksperckiego artworld i polityki). Trzecim paradygmatem jest artywizm, czyli porzucanie pola sztuki na rzecz bezpośredniego zaangażowania w problemy społeczne. Czyli wizualność jako narzędzie walki, marketingu politycznego etc. Przed artywistami nisko chylę czoła, o ile faktycznie porzucają kariery na rzecz pomocy krzywdzonym. Jeśli jednak, a tak bywa najczęściej, filmują ofiarowanie kanapki bezrobotnemu i potem jeżdżą z tą dokumentacją po konferencjach, galeriach i sprzedają ją do kolekcji, to moim zdaniem jest to zwykłe szalbierstwo.

 

Podkreślam, że podział na sztukę, postsztukę i artywizm jest dość płynny. Lecz uważam też, iż nie można już etykietować artystów, a jedynie rozpatrywać wartość pojedynczego dzieła. Bo przecież sławnym zdarzają się kiksy i repetycje, a przeciętnym dzieła wybitne. Trzeba nam krytyki zdolnej docenić godność pojedynczego dzieła (Agnes Heller), a nie grać etykietami. Postartysta okazuje się ważny, bo reprezentuje daną tożsamość, daną strategię, ideologię, sposób uprawiania seksu albo podejmuje określony temat. Natomiast artysta może być ważny tylko jako twórca wybitnego dzieła sztuki. Postsztuka nie koncentruje się na dziele, ale na wydarzeniu, na jakości ekspozycji. Artywizm natomiast rozstrzyga się na poziomie słuszności i aktualności politycznych zaangażowań. I tworzy na miarę tłumu, ulicy. Sztuka opiera się na sublimacji, postsztuka na atrakcyjnej anomalii, a artywizm na prowokacji. I tak dalej. Reasumując: być może należałoby się pokusić o stworzenie odmiennych instytucji dla tych trzech odmiennych paradygmatycznie praktyk? Idący do galerii zażyć uniesienia nie musieliby się wówczas bać, że będą ich tam drastycznie reedukować np. czochrając włosy celem wzmożenia empatii dla łysych. Są w końcu opery, kluby jazzowe i sceny rockowe.

 

W moim przekonaniu dzisiaj bycie artystą jest prawem do stanowienia własnego idiomu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy przestrzeń publiczna staje się toksyczna, zmanipulowana i jakości można praktykować właściwie jedynie w indywidualnym wymiarze (arthome). Należy przy tym wszakże zachować zmysł społeczny, czyli świadomość, że jednocześnie trwamy w publicznym sporze, w polemice z aktualnością. I troska o jakość tego sporu (także o sztukę, o piękno) jest o niebo ważniejsza, niż zawsze doraźne jego rozstrzygnięcia. W sztuce nowoczesności postkrytycznej nie ma miejsca na popadanie w skrajności, jak i na ostateczność sądu. Ciekawe, a chyba i sensowne jest życie, gdy meandrujemy między skrajnościami. Przecież nie tyle mamy konkludować świat i życie, co w nim przytomnie uczestniczyć.

 

Tak więc piękno wciąż nadal może być (i jest!) momentem sztuki, jednym z jej wymiarów. Lecz piękno sproblematyzowane, ukazujące niepewność, złudność, nieostateczność swojej kolejnej konkretyzacji. A przy czym ontologiczny status piękna pozostaje nierozstrzygnięty. Ten temat sztuka zawiesza w obszarze niepewności, wątpliwości, deliberacji. Bo zadaniem jest nieustannie precyzowana oscylacja optymalnej wielowymiarowości. A tam jest też miejsce na urealnianie naszej duchowości. Jak i na ciągłe wymykanie się paradoksom, histeriom, iluzjom oraz... spełnieniom. Tak więc tradycyjnemu pięknu głębi i blasku, oraz pięknu nowej powierzchniowości i blichtru oraz wszelkim rodzajom antypiękna, abject etc., wypada przeciwstawić piękno wielowymiarowe i wszystkobarwne. Piękno zadane, uwzględniające nieredukowalną wolność jednostkowej podmiotowości, jej marzenia i nadzieje. Zamieniające widza w swojego współtwórcę czy choćby aktywnego świadka. Piękno nadal jest ważne. Lecz tak jak niemal wszystko istnieje ono na sposób pharmaconu może leczyć lub truć, zbawiać lub zwodzić. Dlatego sztuka jest rzeczą poważną i... niebezpieczną.

 

Powyższy tekst rzecz jasna dowodzi mojego polemicznego uwikłania w aktualność. Świadom jednak jestem mitycznych podwalin mojej imaginacji. A w tej perspektywie piękno to po prostu doświadczenie cudu istnienia. I przeobrażanie przypadkowości w doniosłość dramatu. Wszakże sam zachwyt i uniesienie to dziś jednak za mało; zatem piękno, ale myślące, pamiętające o nierozstrzygniętym losie człowieka.

Niestety, moje obrazy są niereprodukowalne. Stanowią bowiem aranżację zmiennej obecności i spojrzeń na pograniczu widzialności. Obraz na realność myśli (200 x 90) powstał w ramach cyklu Obrazy użytkowe wykorzystującego magiczne energie koloru wszak pozostało nam już tylko praktykowanie magii, w którą zresztą też nie wierzymy. Jego barwa wynika z receptury: złożona żółć i śladowy błękit jak aktywacje intelektu, dopełniająca zieleń jako ich wypadkowa etc. Tytuł po łacinie jako magiczne zaklęcie stanowi integralną część obrazu.

 

Środkowa linia biegnąca z dołu jest kontynuowana u góry niekiedy widocznymi żółtymi kryształkami. W środku obrazu umieszczony jest spory złoty kryształ. Wszystkie te formy są jednak odchylone, przesunięte, i tylko przez nieuwagę można postrzegać je jako ów środek, jako kontynuację etc. Na bocznych krawędziach po obu stronach ornament z gier w kółko i krzyżyk. Na górnej krawędzi zaciek z jednorodnej żółci. Obraz ten właściwie wymusza widzenie wbrew widzeniu, ale to dopiero wstęp do jego meandrów i dryfów. Oczywiście nie wierzę, aby komukolwiek chciało się w obecnych czasach je zgłębiać, ale one tam istnieją; właśnie na przekór obowiązującej aktualności.

 


Rysunek: Ignacy Czwartos

[1] Abject, niekiedy z franscuska pisany krótkim i, to katergoria opozycyjna wobec piękna, problematyzujaca to, co nasze ideały i kanony spychają w niechęc, wstręt etc.