Jak rezydenci uczyli mnie (wzajemnej) gościnności

Marianna Dobkowska

Zacznijmy od tego, że żadne miejsce nie jest nam dane na własność. Także te z nich, które część z nas ma przywilej nazywać domem, podczas gdy wielu ludzi na świecie zostało zmuszonych, by takie miejsca opuścić. Ludzki gatunek, choć robi wszystko, by nią zawładnąć i ją sobie przywłaszczyć, jest na tej jedynej z bezpośrednio znanych sobie planet tylko gościem. Współzamieszkujemy Ziemię z ponad 7,7 miliarda ludzi i 1-2 milionami gatunków zwierząt. Biorąc pod uwagę, że grzyby istnieją na naszej planecie od co najmniej miliarda lat, ludzie są w pewnym sensie ich dopiero co przybyłymi gośćmi, podczas gdy to właśnie symbioza grzybów z roślinami stała się jednym z motorów ewolucji i utorowała drogę, na której powstał nasz świat. Jeśli uznamy go w całości za dobro wspólne, współ-goszczenie się wydaje się postawą oczywistą. Współcześnie jednak, jak pisał Zygmunt Bauman, to raczej właściwe kulturze rynkowo-własnościowej klasowe podziały i upokorzenia traktowane są jako naturalne fakty1 niż to, że wszyscy jesteśmy dziećmi matki natury. Praktykowanie globalnej koegzystencji jest niemożliwe w ramach kultury wzniesionej na braku szacunku dla naszej naturalnej przynależności stwierdziła Luce Irigaray 2, a Zygmunt Bauman pisał za Kantem: sama Natura nakazuje nam uznać (wzajemną) gościnność za najwyższą zasadę, którą należy i którą w końcu trzeba będzie przyjąć i stosować, by przerwać długi łańcuch prób i błędów, katastrof z owych błędów wynikających i zniszczeń pozostawianych przez te katastrofy3.

 

Paradoks gościnności polega na tym, że jest to wartość pozytywna, ale nie da się jej nikomu narzucić, musi płynąć z własnej potrzeby. Rozgość się, proszę zachęca gospodarz, ale kto wskaże granicę pomiędzy rozgoszczeniem się w stopniu akceptowalnym a momentem, gdy ktoś się zbytnio rozgości? Pomiędzy tymi dwoma stanami rozciąga się przestrzeń problematyczna i mglista.

 

Myśląc o naszej planecie jako o wspólnym domu wszystkich stworzeń, przyrody ożywionej i nieożywionej, zauważamy, że nasz gatunek, choć jest tu stosunkowo krótko, wyjątkowo zuchwale się na niej rozgościł, zaś w naszym doświadczeniu zakorzeniła się głęboko hierarchia nierówno rozdystrybuowanych przywilejów. W obrębie tego gatunku pewne grupy nadały sobie prawo decydowania, kogo i gdzie ugościć, komu udzielić schronienia a i to tylko w takim zakresie, w jakim nie naruszy się w żaden sposób narzuconych przez te grupy zasad. Jest to w najlepszym wypadku gościnność warunkowa4.

 

Gościnność to, idąc za definicją słownikową, troskliwe przyjęcie. Gościnność to wyrzeczenia się wrogości i ze strony gospodarza tutejszego, i ze strony przybysza cudzoziemca5. Gościnność wymaga zrozumienia etycznej i moralnej konieczności, praktykowania współbycia i ciągłego kwestionowania własnego przywileju6. Gościnność to coś więcej niż zaproszenie drogiego przyjaciela na herbatę w dogodnym dla nas czasie. W gościnie jest i gość, i gospodarz. Łatwo ugościć kogoś, kto podziela nasze nawyki, trudniej kogoś, kto ma inne zwyczaje. Prawdziwa gościna nie może być asymilacją7, bo też gości się tylko to, co inne8. Rozpoczyna się ona od udzielenia głosu, miejsca, wsparcia komukolwiek i w niekoniecznie najkorzystniejszych dla nas okolicznościach. Zaoferowanie wyznaczonej przestrzeni innemu, w której może zintegrować się z nami, przyjmując nasze zasady i akceptując zadane mu granice integracji nie jest gościnnością. Jest nią otwarcie się na potrzeby innego, który może chcieć zająć inną przestrzeń niż ta, którą mu wskazujemy. Witanie gościa to otwarcie się na wszystko, co ze sobą przynosi; może to być coś, czego się nie spodziewamy, coś innego niż to, czego oczekujemy, a więc zanim udzieli się schronienia i pożywienia innemu lub innej, ważne jest postawienie pytania o to, czego inna lub inny od nas oczekuje9. Relacja gospodarza i gościa jest krucha, delikatna, wymagająca przekroczeń.

Rezydencje vs. gościnność

 

Współtworząc program rezydencyjny w Zamku Ujazdowskim (niemalże od jego powołania w 2003 roku) nie otrzymałam na start podręcznika rezydencyjnej gościnności, można więc powiedzieć, że moim punktem wyjścia była niewiedza i otwartość na naukę. Lecz jeśli przyjąć, że warunkiem gościnności jest niewiedzenie, właśnie taki początek wydaje się właściwy przy podejmowaniu prób jej praktykowania. Moje rozumienie metody kuratorowania rezydencji zgłębiałam w działaniu. Okazało się, że jest to praktyka zgoła inna niż organizacja wystaw lub projektów; kluczową rolę odgrywają w niej międzyludzkie relacje i dialog, a także gotowość do wspólnego wytwarzania twórczej przestrzeni, w której wszystkie zaangażowane osoby koegzystują, negocjując swoje pozycje.

 

Z czasem zrozumiałam, że praktyka empatii, troski, wdzięczności, wzajemnego szacunku i uważności oraz spore pokłady niewidzialnej pracy są paliwem takich rezydencji, jakie chciałabym prowadzić. Pogodziłam się jednocześnie z faktem, że brak reprezentacji dla tych praktyk jest chlebem powszednim kuratorek rezydencji. Problemami domagającymi się pilnej refleksji i rozwiązania są poza tym: kogo możemy gościć i dlaczego; skąd i w jaki sposób pozyskiwane są środki; jakie hierarchie, ograniczenia i wykluczenia kryją się za tymi wyborami. Konieczna jest również rewizja modeli programów rezydencyjnych, tak aby stały się one bardziej inkluzywne, równościowe, feministyczne i odpowiedzialne ekologicznie.

 

W instytucji gościnność rezydencji może zostać opakowana w systemową procedurę. Każda organizacja wypracowuje swoisty hospitality rider10 i jest to sprawa dość oczywista, że w tym układzie rezydent i rezydentka odgrywają role gości, instytucja zaś gospodarza. W praktyce relacja ta jest bardziej zniuansowana wymyka się łatwym kategoryzacjom i definicjom, zanurzona jest też w codzienności, z wszystkimi jej praktycznymi, afektywnymi i metafizycznymi niespodziankami. Czy dałaś z siebie wszystko? Zapytaj rezydentkę, która poczuła się zagrożona, ponieważ nie pomyślałaś, żeby odebrać ją z lotniska. Wraz z nowymi gośćmi uczymy się, jak praktykować gościnność.

 

Sam fakt, że odsuwamy na plan dalszy produkcję i skupiamy się na procesie, wytwarza niedookreśloną przestrzeń, w której zarówno organizatorki, jak i goście otwierają się, by doświadczać zaskoczeń. W naturalny sposób program rezydencji jest w organizmie instytucji żywą arterią, przez którą przemieszczają się ciała, idee, pragnienia, tęsknoty, wizje i rozczarowania, niespodzianki i porażki.

 

To właśnie kolejne pokolenia rezydentów i rezydentek uczyły mnie gościnności i wobec wszystkich mam dług wdzięczności. Dziś to Obieg udziela mi gościny i daje przestrzeń, bym przedstawiła swój głos o rzeczach, które pozostają niewidoczne, a są moim własnym doświadczeniem. Wybrałam kilka epizodów z wielu, które pozostają dla mnie źródłem inspiracji.

Arie

 

W 2017 roku, pracując na wystawą-spotkaniem Gotong Royong. Rzeczy które robimy razem, gościliśmy wiele wspaniałych osób. W którymś momencie okazało się, że dwie rezydentki z Brazylii uskarżają się na uciążliwą obecność w zamieszkiwanych przez nie zamkowych studiach. Szczęśliwie w naszym tymczasowym kolektywie Intervalo Escola Czas na przerwę, który zawiązał się przy okazji wystawy, był też młody artysta wprawiony w negocjacjach z bytami egzystującymi poza naszym pojęciem materialności. Znanymi tylko jemu metodami i przy użyciu szałwii nawiązał z nimi kontakt i obecność przestała być dla kobiet uciążliwa skończyły się epizody nocnego ucisku w klatce piersiowej (jakby ktoś na niej siedział), nagłe, niewytłumaczalne trzaskanie drzwiami, oknami, samoistne spadanie przedmiotów. Po paru tygodniach w studiach zamieszkali goście z Indonezji. Podczas zimowego spaceru Arie zagadnął z uśmiechem:
- Marianna, a wiesz, że mieszkamy z duchami?
Było to dla mnie oczywiste, więc odparłam trochę zatroskana:
- Tak, wiem, czy wszystko w porządku?
- Tak powiedział Arie wiesz, parę dni temu w nocy leżałem na łóżku, spojrzałem na oddalony parę metrów ode mnie stół i wtem bach! stojące na nim głośniki z impetem wylądowały na podłodze. Wiedziałem, co to znaczy. Przedstawiłem się po indonezyjsku na głos, powiedziałem, że jestem tu przejazdem i szanuję obecność Ducha. Poprosiłem, żeby mnie nie straszył. Widujemy czasem kątem oka coś w rodzaju cienia, ale nic już nie spada.

Listy miłosne

 

Podczas tegorocznego seminarium Re-Directing: East 2019 Aziza Harmel opowiedziała nam o swojej praktyce pisania listów miłosnych między instytucjami wspaniały sposób komunikacji! W 2016 roku wraz uczestniczkami i uczestnikami seminarium RDE 2016 zredagowaliśmy obiekt-publikację, której obwoluta nawiązuje formą do furoshiki japońskiej chusty służącej do pakowania i przenoszenia przedmiotów o różnych gabarytach. W kawałku płótna, związanym w tobołek, znajdują się przesłania i narzędzia dla przyszłych użytkowników w szczególności przyszłych pokoleń rezydentów i rezydentek. Wychodząc od pojęcia wspólnego uczenia się, Tainá Azeredo rozrysowała diagram relacji zaistniałych podczas seminarium. Dorian Batycka opisał sytuację polityczną w Polsce oraz akcje, które wykonał z grupą przyjaciół pod siedzibą Frontexu i w Muzeum Powstania Warszawskiego. Małgorzata Kuciewicz i Simone de Iacobis przekazali instrukcję wykonania Koca Dydony, tymczasowej architektury dla spotkań11, który towarzyszył nam podczas seminarium i jest na stanie naszego programu do dziś. Renan Laru-an stworzył konceptualny obiekt/rebus, a Mika Conradie filozoficzne puzzle. Ja zaś podzieliłam się prostym ćwiczeniem z dostrajania się do słuchania w grupie. Gest gościnności polegał tu na próbie opisania przestrzeni, w której pojawią się przyszli rezydenci i rezydentki; przywitaniu gości, których autorzy sami nie przyjmą. Nasze furoshiki to list miłosny wysłany w nieokreśloną przyszłość do nieoznaczonych adresatów.

Juliette

 

Juliette Delventhal była pierwszą szefową kuchni u nas na rezydencji. To ona wpoiła mi przekonanie o tym, że wspólne gotowanie i posiłki są niezwykle cenną przestrzenią spotkania. Jeszcze przed rezydencją pisała: Wierzę, że moja własna kuchnia zostanie głęboko odmieniona przez to doświadczenie. Miałam przywilej podróżować do wielu miejsc i każde z nich, wraz ze swoimi lokalnymi smakami, odcisnęło ślad na moim sposobie gotowania. Z niecierpliwością czekam na możliwość gotowania i wspólnego jedzenia ze społecznością skupioną wokół Zamku Ujazdowskiego. Chciałabym spełnić moje marzenie o dużym, długim stole w cieniu drzew oraz zbudowaniu i korzystaniu z prostej kuchni na świeżym powietrzu. Podczas rezydencji wspólnie walczyłyśmy z instytucjonalnymi i proceduralnymi barierami, by zrealizować te marzenia. Znalazłyśmy mistrza zduńskiego i udało nam się wynegocjować z instytucją miejsce na terenie ówczesnego zabałaganionego placu budowy, ukrytego przed wzrokiem publiczności Zamku za okropnym blaszanym płotem. Po paru tygodniach przygotowań pod drzewami stanął stół i wspaniały, ogromny, nieco komiczny w swej formie, ale bezbłędnie funkcjonalny chlebowy piec. Juliette była troskliwą gospodynią wielu niezapomnianych wieczorów, przekazała nam wiedzę, jak robić najlepsze na świecie ciasto na pizzę, ale przede wszystkim stworzyła przestrzeń, w której praktyka ta może być kontynuowana. Piec jest pretekstem, swoją fizyczną obecnością zaprasza do działania. Wspólne posiłki, gotowanie i kolacje przy nim na stałe wpisały się w praktykę naszego programu.

Kolacja w ciszy

 

Droga Marianno
Zapraszamy Cię na
Kolację Ocalonej Nocy

Aby wziąć udział w uroczystości musisz poznać pewne zasady.
Prosimy Cię, abyś uważnie przeczytała poniższe wskazówki
i potwierdziła swoje przybycie.

Dress Code: elegancko, tak, jakbyś świętowała zakończenie lub początek czegoś bardzo ważnego.

Kolacja odbędzie się w ciszy. Prosimy pozostań w ciszy od momentu, gdy wejdziesz do przestrzeni, do czasu, gdy ogłosimy koniec ciszy.

Cisza potrwa długo.

Kiedy cisza się zakończy, zaserwujemy mocny napój i wszyscy przybyli zostaną zaproszeni do wzniesienia toastu. Możesz pomyśleć, za co chciałabyś wznieść toast tego wieczoru. Jeśli chcesz, możesz też improwizować.

Kolacja odbędzie się 16 sierpnia 2012 roku o godzinie 22:00
na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego.

Z najlepszymi życzeniami

Ambra Pittoni i Juliette Delventhal

 

Drukowane zaproszenie tej treści otrzymali do rąk własnych wszyscy ówcześni rezydenci Zamku oraz zespół programu rezydencji. Choć pomagałam Ambrze i Juliette, nie zostałam wprowadzona w szczegóły tego tajemniczego przedsięwzięcia. W rok po postawieniu pieca Juliette wróciła do Warszawy ze swym mężem Pawłem Krukiem i córeczką Zoe, aby założyć przed Laboratorium (gdzie mieszkają rezydenci) permakulturowy ogród owocowo-warzywny. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie na rezydencji przebywała Ambra Pittoni, której marzeniem od lat było zorganizowanie kolacji w ciszy, we współpracy z wrażliwą szefową kuchni.

 

Punktualnie o g. 22 spotkaliśmy się przed Zamkiem wystrojeni jak nigdy, podekscytowani, i choć czuliśmy w tej grupie bliskość, wszyscy byliśmy trochę spięci. Nie wiem, jak długo trwała kolacja. Była doskonała. W dużej mierze powstała z plonów naszego ogrodu. Początkowo cisza była niewygodna, potem stała się bardziej naturalna. Wino także pomogło się rozluźnić. Gdy w końcu Ambra obwieściła koniec milczenia, toasty, które się z nas wylewały, były najczulszymi słowami wzajemnej wdzięczności. Przyjęliśmy zaproszenie na coś nieoczekiwanego, co mogło być też niekomfortowe, ale nasze gospodynie nie zastawiły na nas pułapki, wręcz przeciwnie, wyczarowały moment, w którym cisza dała wybrzmieć i zaistnieć słowom, a to, co zostało powiedziane, było ważne i prawdziwe. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru.

Gospodynie wystawy

 

Pani Marianko, to teraz my panią oprowadzimy! usłyszałam od opiekunek wystawy Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem, gdy któregoś dnia przyszłam na specjalne spotkanie z nimi. Wystawa miała bardzo bogaty program publiczny, odbyło się ponad sto wydarzeń. W jej przestrzeni, w której ciągle coś się działo i w gdzie właściwie stale byliśmy obecni z twórcami i uczestnikami programu, zawiązała się także nasza serdeczna więź z opiekunkami. Te zawsze były blisko owych aktywności, a niejednokrotnie także same się w nie włączały. Jednak propozycja oprowadzenia, jaka przyszła ze strony opiekunek, była zaskoczeniem i bardzo mnie wzruszyła. Nieoczekiwanie zmieniły one kurs relacji między kuratorką, instytucją i pozostającym zazwyczaj w cieniu wydarzeń personelem wspomagającym, przejmując inicjatywę i sytuując się samodzielnie w roli gospodyń przestrzeni.

 

Tego dnia oprowadziły mnie w najbardziej autentyczny i przejmujący sposób po mojej własnej wystawie, przenosząc narrację w sferę ich osobistego doświadczenia oraz relacji z prezentowanymi pracami i praktykami, a ja szłam za nimi ze szklistymi oczami. Po zakończeniu oprowadzania zapytałam, czy byłyby chętne powtórzyć je dla publiczności. Ich zgoda na tę propozycję sprawiła mi wielką radość. Taką genezę ma jedno z najciekawszych i popularniejszych wydarzeń programu publicznego wystawy oprowadzanie z perspektywy jej opiekunek: Anny Borowskiej, Ewy Kiełbus, Agnieszki Kłos, Jadwigi Kozery, Hanny Wcisło i Jadwigi Wolfman.

 

 

Dom kolektywu

 

Indonezyjczycy są niezwykle gościnni, miałam okazję przekonać się o tym osobiście. Nieformalne kolektywy artystyczne biorą często swój początek z zaproszenia grupy przyjaciół do domu, a domy zazwyczaj są otwarte, także dla nieznajomych. W nieskończoność trwa nonkrong praktyka wspólnego nic-nie-robienia, palenia papierosów w kucki i rozmów, które przedłużają się do momentu, gdy nie pozostaje nic innego, jak tylko zostać na noc. Zostawianie na noc jest w naszej kulturze dowodem intymności, zażyłości między gospodarzem i gościem wśród indonezyjskich kolektywów jest to norma. Tak działają między innymi Jatiwangi Art Factory we wsi Jatisura i KUNCI w Yogyakarcie. Podoba mi się bardzo wizja instytucji artystycznej jako domu otwartego.

Radykalna gościnność

 

Na zakończenie sięgnę jeszcze do Baumana i jego odczytania myśli królewieckiego filozofa: Kant zwrócił uwagę na to, że planeta, którą zamieszkujemy ma kształt kuli, i przemyślał do końca konsekwencje tego pozornie banalnego faktu: wszyscy przemieszczamy się po powierzchni owej kuli i w żaden sposób poza nią wyjść nie potrafimy, dlatego też zawsze będziemy musieli żyć w sąsiedztwie i w towarzystwie innych ludzi. Trzymanie się na dystans, nie mówiąc już o jego powiększaniu, na dłuższą metę nie wchodzi w rachubę: przy poruszaniu się po sferze, próba powiększaniu dystansu kończy się nieuchronnie jego skróceniem12.

 

Nie wiadomo, ile czasu zostało nam jeszcze na tej kulistej planecie, lecz jeśli przyjdzie nam żyć, to nie tylko w towarzystwie innych ludzi, ale z absolutną pewnością także w sąsiedztwie grzybów. Jacques Derrida podkreślał potrzebę bezwarunkowej, radykalnej gościnności. Jeśli przyjrzeć się długiej biografii naszych współlokatorów na Ziemi grzybów, można zaryzykować stwierdzenie, że są one radykalnej gościnności pionierami. Mikoryza to przynosząca obopólne korzyści relacja między roślinami i pewnymi gatunkami grzybów. Te pierwsze dzielą się w niej produktami fotosyntezy, goszcząc w swoich korzeniach te drugie, owe z kolei dostarczają roślinie zaczerpnięte z ziemi związki mineralne i mikroelementy. Współ-goszczenie jest tu strategią najzwyczajniej umożliwiającą przetrwanie. Radykalna (od radix, łac. korzeń) gościnność grzybów wobec nas zaczyna się od przygotowania Ziemi na wszystko, co znamy. Gdy miliard lat temu zaczęły kolonizować naszą planetę, pierwsze grzyby lądowe czerpały pożywienie (minerały) ze skał, zamieniając je w glebę, która dziś karmi nas.

 

Podczas gdy państwa narodowe pilnie strzegą swoich szczelnych granic, a kapitalizm i inne opresyjne systemy, w których przyszło nam żyć, wprowadzają kolejne segregacje i hierarchie, trudno nam, zwykłym ludziom, uprawiać planetarną gościnność. Nowym obliczem radykalnej gościnności mogłaby być swoista międzygatunkowa symbioza, bezwarunkowa ekonomia daru, w ramach której zgodzilibyśmy się, by we wzajemnym poszanowaniu swoich różnic współzamieszkiwać planetę, dając odpór kapitalizmowi.

 

Gdy otaczający nas świat robi wszystko, byśmy przestali w gościnność wierzyć, a międzyludzkie relacje wydają się pozbawione sprawczości w obliczu wielkiej polityki, to właśnie nasza międzyludzka i międzygatunkowa wzajemna gościnność może stać się praktyką codziennego oporu. Aktywując ją indywidualnie i zbiorowo możemy uprawiać realny sprzeciw.

 


 

BIO

Marianna Dobkowska kuratorka rezydencji, projektów i wystaw. Redaguje i projektuje publikacje oraz zarządza realizacją nowych prac artystycznych. Współtworzy program rezydencji w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie niemalże od jego powstania. Praktykę kuratorską postrzega jako narzędzie budowania relacji i sytuacji twórczych opartych na długoterminowej i często międzynarodowej współpracy, łącząc praktyki wywodzące się z pola sztuk wizualnych, performatywnych, edukacji i aktywizmu.

 

Kuratorowała i współkuratorowała projekty takie jak: Public AIR, Were Like Gardens, Porthos : Marszewski na Marszałkowskiej,Akcja PRL, które były realizowane w przestrzeni publicznej i zakładały aktywny udział szerokiej publiczności. Jest współautorką i współkuratorką międzynarodowych seminariów kuratorskich Re-Directing: East (2013). Podczas pobytów w Indonezji badała obszar wrażliwych społecznie i politycznie praktyk artystycznych oraz zgłębiała metody pracy jawajskich kolektywów. Wraz z Krzysztofem Łukomskim kuratorowała dwuletni projekt Social Design for Social Living (20152016) prezentowany w ramach Biennale w Dżakarcie 2015 i zakończony wystawą pod tym samym tytułem w Galerii Narodowej Indonezji w Dżakarcie a także wystawę-spotkanie w Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem (2017-2018) w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Aktualnie redaguje post-reader tego projektu. Jest redaktorką magazynu The Residents prezentującego sylwetki rezydentów Zamku Ujazdowskiego. Od 2014 roku wraz z Fundacją Arton pracuje nad archiwum Jana Dobkowskiego.

 

Marianna Dobkowska ukończyła studia magisterskie z historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i podyplomowe studia kuratorskie na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Otrzymała dwa stypendia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2012 "Młoda Polska", 2016 stypendium Ministra), jest stypendystką CEC Artslink (Nowy Jork) i Backers Foundation (Tokio).

*Zdjęcie w tle: ilustracja grzyba Cortinarius hinnuleus z książki Jamesa Sowerby "Coloured figures of English fungi or mushrooms" (Archive.org), Londyn, druk: J. Davis,1797-[1809]. Źródło: domena publiczna, Wikimedia commons.

[1] Magdalena Środa, Zygmunt Bauman, pielgrzym w świecie turystów, Gazeta Wyborcza, Magazyn Świąteczny, 13 I 2017.

[2] Luce Irigaray, Ku wzajemnej gościnności, Opcje nr 3 (104) 2016, s. 18.

[3] Zygmunt Bauman, Razem Osobno, przeł. Tomasz Kunz, Kraków 2003, s. 255.

[4] Bezwarunkowa gościnność powiada Derrida oznacza rezygnację z władzy, zawieszenie norm prawnych i umowy społecznej, która zapewniała dominującą pozycję gospodarzowi (czyli państwu). Gościnność warunkowa natomiast nie pozwala na przyjęcie każdego cudzoziemca oraz zmusza do uprzedniego sprawdzenia jego sytuacji prawnej, co powoduje, że obcy przypomina wroga. Polityczny wymiar prawa gościnności zwraca się przeciwko tym, którzy jej potrzebują, eksponuje raczej hojność dających i obowiązki obdarowanych. Krzysztof Loska, Gościnność warunkowa czy bezwarunkowa?, Ethos 28 (2015) nr 4 (112), s. 211.

[5] Cezary Wodziński, Odys gość. Esej o gościnności, Gdańsk 2015, s. 11.

[6] Zob. Ewa Majewska, Gościnność, faszyzm, sfera publiczna. Kontrpubliczności podporządkowanych innych, Opcje,  http://opcje.net.pl/ewa-mejewska-goscinnosc/, dostęp 12 IX 2019.

[7] Łukasz Moll, W gościnie, czyli tam, gdzie granice docierają do swych granic, Opcje nr 3 (104) 2016, s. 56.

[8] Tamże.

[9] Luce Irigaray, Ku wzajemnej gościnności, dz. cyt., s. 24.

[10] Hospitality rider to stosowany szczególnie w świecie teatru, performance i muzyki zestaw próśb ze strony wykonawców, skierowanych do gospodarza, których spełnienie ma zapewnić komfort artystom. Zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Rider_(theater)

[11] Tak mówią o nim sami autorzy.

[12] Zygmunt Bauman, Razem Osobno, dz. cyt., s. 254