Gościnność rezydencji

Ika Sienkiewicz-Nowacka

W 2011 roku przebywający na rezydencji w Zamku Ujazdowskim Bianca i Fabio z kolektywu Brave New Alps zrealizowali projekt, który polegał na urządzeniu w jednym z zamkowych pomieszczeń sub-rezydencji. We współpracy z Pawłem Jasiewiczem zaprojektowali i skonstruowali tymczasowy drewniany pokój wewnątrz pokoju i tym samym ustanowili gospodarkę wsparcia, dzieląc się przestrzenią, w której pracowali i żyli w czasie swojej rezydencji, z sześcioma innymi twórcami. Brave New Alps dysponowali nadwyżką zasobów i dzięki temu mogli się nimi podzielić z innymi twórcami. My również, organizując rezydencje w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, możemy wprawić w ruch pozyskane od publicznych darczyńców środki, dystrybuując je pomiędzy artystów oraz projekty i finansując wsparcie merytoryczno-produkcyjne. By gościć potrzebujemy miejsca; mając do niego prawo, możemy otworzyć je dla innych.

Budynek Laboratorium przypomina polski dworek. W porównaniu z sąsiadującym gmachem Zamku Ujazdowskiego jest dosyć mały. Przed nim równo skoszony trawnik; za brukowana droga, stolarnia i piec. Laboratorium stoi na skarpie wiślanej. Akurat w tym miejscu jest ona zupełnie niezagospodarowana, rosną tu samosiejki akacji i czarnego bzu. O tej porze roku zapach jest słodki i upojny. Gdyby nie szum Trasy Łazienkowskiej, można by odnieść wrażenie, że jest się na peryferiach miasta. A jednak zaledwie kilka przystanków stąd jest centrum Warszawy. Na trawniku jabłoń, z owoców której Juliette Delventhal piekła szarlotki, a Pipa Ambrogi robiła konfitury. Za budynkiem grusza dziczka, ale smaczna, dobrze nadaje się na przetwory. By zerwać owoce, trzeba się było wspiąć na wysoką drabinę lub wychylić z okna jednego ze studiów.

Gdyby nie fakt, że w budynku Zamku Ujazdowskiego i Laboratorium mamy przestrzenie do mieszkania i pracy, budżet programu rezydencji w dużej mierze pochłaniałyby koszty wynajmu mieszkań dla artystów i jego nadwyżka nie mogłaby być przeznaczona na projekty. Ewentualnie przyjmowalibyśmy tylko gości z państw zachodnich, które organizują system wpierania twórców i opłacają zagraniczne rezydencje swoim obywatelom. Choć istnieją na świecie programy, takie jak nowojorska Residency Unlimited, które nie mają przestrzeni mieszkalnych i działają raczej jak agencje kojarzące artystów i miejscowe instytucje zainteresowane działalnością w dziedzinie sztuki, to w moim odczuciu kluczowe jest miejsce. To dzięki niemu może dojść do czasowego zadomowienia, zamieszkania i osadzenia zaproszonej osoby w lokalnym kontekście, co odróżnia rezydencję od innych form podróżowania.

 

Zrozumiałam to już w 2002 roku, po trzymiesięcznym pobycie w Akademie Schloss Solitude. Poprzedzał on pracę nad wystawą-festiwalem A Need for Realism z udziałem artystów z całego świata, którzy wówczas rezydowali w Stuttgarcie. To moje jedyne doświadczenie rezydencyjne, ono właśnie zdeterminowało moje myślenie na temat tej formy pracy z twórcami. Hojne Solitude organizuje długie, niegdyś nawet dwuletnie, w pełni opłacone pobyty dla profesjonalistów zajmujących się sztuką1, oferując zakwaterowanie w jednym z ponad 40 mieszkalnych studiów oraz miejsce do pracy. Umożliwia życie w międzynarodowej społeczności artystycznej, zapewnia udział w wydarzeniach, sympozjach tematycznych, a także wsparcie techników, koordynatora. W przypadku takiej rezydencji mieszkać oznacza zarazem móc skupić się na pracy koncepcyjnej, badawczej, poznawaniu ludzi i współpracy.

Zapraszając artystów do udziału w projekcie A Need for Realism zaproponowałam im przyjazd na minirezydencje. Prawie trzydziestu twórców z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych, Palestyny, Izraela czy Rosji w tym samym czasie eksplorowało Warszawę, konfrontując swoje doświadczenia z przywiezionymi tu ze sobą wyobrażeniami. Takie konfrontacje przynosiły czasem nieoczekiwane skutki: nie odnalazłszy w Polsce oczekiwanych obrazów PRL-u, kolektyw Susanne Burner, Gary Ward i Gregor Sander wyruszył dalej na Wschód do Kłajpedy, gdzie spodziewał się znaleźć nieco więcej powidoków komunizmu.

 

Rezydenci mieszkali w Domu Gościnnym Sezam, skąd codziennie dojeżdżali do Zamku Ujazdowskiego na prowadzone przez siebie warsztaty, wykłady, czy do pracy nad projektami na wystawę. Ich obecność uświadomiła mi i Wojtkowi Krukowskiemu, ówczesnemu dyrektorowi CSW, że musimy stworzyć tymczasowy dom dla artystów w Zamku. Dzięki temu ich obecność w Warszawie wzbogaci lokalną scenę, a ich projekty pozwolą nam zobaczyć się z odmiennej perspektywy. Nie zdawaliśmy sobie wtedy jeszcze sprawy, że miejsce, które należy do instytucji, zapewni temu programowi finansową równowagę i bardzo dobrą podstawę do rozwoju. Wiele organizacji z krajów dawnego bloku wschodniego, z którymi Akademie Schloss Solitude od 2005 roku współpracowała, właśnie z powodu braku infrastruktury musiało zaprzestać swojej działalności rezydencyjnej. Wśród nich znalazła się bardzo ciekawa organizacja Interspaces w Sofii czy Kuda.org z Nowego Sadu. Brak infrastruktury jest wciąż problemem, z którym mierzą się mniejsze, niezależne programy. Od zdobycia środków na infrastrukturę i obsługę niejednokrotnie zależy ich istnienie, ponieważ sfinansowanie mieszkania na dłuższy pobyt może nawet podwajać koszt organizacji rezydencji. Od kilku lat coraz popularniejsze, szczególnie w Japonii, staje się prowadzenie przez rezydencje działalności gospodarczej Airbnb, by w ten sposób pozyskać fundusze na program i realizację projektów.

 

Wojciech Krukowski już od połowy lat 90. marzył o powołaniu do życia w budynku Laboratorium Międzynarodowego Centrum Artystycznego. Jego wizja zakładała stworzenie infrastruktury: mieszkań, pracowni, galerii i sali widowiskowej. Jednak przekonywanie potencjalnych darczyńców o wadze tego przedsięwzięcia natrafiało na opory i tak budynek Laboratorium stał długo niezagospodarowany, a program rezydencyjny pozostawał w sferze marzeń aż do pierwszych lat obecnego stulecia. Wraz ze współpracą z Akademie Schloss Solitude i moją rezydencją w Stuttgarcie w 2002 roku, a także osobistym i bardzo emocjonalnym zaangażowaniem w projekt, pojawił się gospodarz.

 

 

Gospodarz

 

...a raczej gospodyni, mająca już wyobrażenie o tym, jaki dom chciałaby stworzyć dla swoich gości. Budowałam go rok, od października 2002 do października 2003 r., dysponując środkami pozostałymi po projekcie A Need for Realism oraz otrzymując wsparcie z ministerstwa kultury w wysokości około 80 tysięcy złotych. W tamtym czasie współpracowałam ze wspaniałym zespołem młodych i bardzo zaangażowanych stażystów oraz wolontariuszy, takich jak Ania Rosińska, Ula Siemion czy Ola Berłożecka, którzy czasem za swoją pracę dostawali skromne wynagrodzenie, ale częściej dobre słowo i poczucie, że działają w słusznej sprawie. Dzięki ich zdolności przekonywania, studia zaprojektowane zostały przez profesjonalistkę z wydawnictwa Murator i wyposażone przez wiele firm, które wspierając ideę rezydencji przekazały nam za darmo armaturę, krzesła, podłogi, sztućce, naczynia i sprzęt.

 

Studio na poddaszu Zamku Ujazdowskiego, którego budowa zakończyła się pod koniec 2003 r., mogło pomieścić jednocześnie dwóch artystów. Ten kameralny charakter miejsca zdeterminował formę pracy z twórcami, którzy wraz z kuratorem od 2004 roku współpracujemy z Marianną Dobkowską działali w duetach. Ich celem była realizacja projektu wymyślonego podczas rezydencji. W tym czasie powstawały inicjatywy zupełnie szalone i czasem o imponującej skali, by przywołać choćby Darwina śpiewającego na fasadzie Pałacu Kultury What a wonderful world Luisa Armstronga; minirewolucję hipisowską Christophera Draegera wraz z manifestacjami, wypadami za Warszawę i Egg Barem, które stały się tłem dla jego wideo; Revival Paradise remake filmu Jarmusha zrealizowany przez Frederica Mosera i Philippa Schwingera, czy opowieść o osiedlach zamkniętych Sofie Thorsen. Wielu z tych inicjatyw towarzyszyły publikacje, artbooki, czy fanziny.

Realizację takich wymagających pod wieloma względami finansowym, organizacyjnym, logistycznym projektów umożliwiało wcale nie wyjątkowo wysokie dofinansowanie rezydencji (granty na produkcję w wysokości od 4000 do 8000 złotych nie były większe niż te, które artyści otrzymują obecnie) ale osobiste zaangażowanie kuratorek i stażystek. W tym czasie rozumiałyśmy naszą rolę nie tylko jako przysłowiowe dostarczanie ciepłych kołderek naszym gościom bo zdarzało się, że przynosiłyśmy takie ze swoich domów do niedogrzanego zimą Zamku ale bycie odpowiedzialnymi za zadowolenie i satysfakcję artystów.

 

Na fali młodzieńczej euforii realizowałyśmy projekty naszych gości, tworzyłyśmy sieci współpracowników i inwestowałyśmy w nie zasoby prywatne, rodzinne i instytucjonalne. Było to naszym zdaniem konieczne. W tym czasie potrzeba posiadania instytucji mogącej się już pochwalić pierwszym w Polsce programem rezydencyjnym była zaspokojona. Niemniej trudno w niej było o miejsce na projekty powstające w ekspresowym tempie podczas trzymiesięcznych pobytów, realizowane często przez artystów zagranicznych, którzy w Polsce nie mieli swojej publiczności. A jeszcze trudniej o wsparcie ekip technicznej i administracyjnej. Rezydencje był to dopust Boży i dodatkowa praca, której nie chcieli wykonywać na rzecz twórców otrzymujących stypendia dwu, a czasem trzykrotnie wyższe niż zamkowe pensje źle opłacani pracownicy.

Doświadczenia te przełożyły się na nasze myślenie o kuratorowaniu rezydencji jako metodzie pracy różniącej się znacznie od roli kuratora w procesie tworzenia wystawy. Kształtowało się ono w odpowiedzi na praktykowanie gościnności przez nasz kobiecy zespół. Pracując korzystałyśmy z umiejętności, którymi jako partnerki, przyjaciółki, gospodynie i matki posługujemy się w codziennym życiu. Nasza domena to troska, empatia, uwrażliwienie na potrzeby innych, wspieranie procesu budowania relacji. Niektóre z pierwszych rezydencyjnych projektów kończyły się frustracją (artystów muszących zmierzyć się na przykład z faktem, że nie będą mieli wystawy w Zamku), czy naszym skrajnym wyczerpaniem, gdyż starałyśmy się za wszelką cenę wziąć odpowiedzialność za czyjeś poczucie satysfakcji i zadowolenia, co, jak wiadomo, pozostaje poza naszym wpływem. Tak intensywne i oparte na prywatnych zasobach rezydencje powodowały też wyczerpanie sieci kontaktów bo też ile razy ta sama osoba może wspierać rezydentów, robiąc to pro bono?

 

 

Gość

 

Współcześnie większość profesjonalistów podróżuje, szukając nowych możliwości rozwoju osobistego i realizacji projektów. Pod pojęciem artysta, którym dla uproszczenia się posługuję, rozumiem najróżniejszych praktyków sztuki artystów, kuratorów, badaczy, a czasem również ludzi wykonujących zupełnie inne zawody, jak menadżerów, kucharzy, dźwiękowców czy techników teatralnych. Biorąc udział w rezydencji, porzucają oni na jakiś czas swoją codzienność (choć w dzisiejszych czasach partycypacja w takim programie nie musi oznaczać nawet wyprowadzenia się z własnego miasta), by móc pracować lub wymieniać się doświadczeniami z innymi uczestnikami pobytu twórczego czy jego organizatorami. Uprzywilejowanie tej sytuacji polega na tym, że rezydent znajduje się w niejako odrealnionej rzeczywistości pod parasolem ochronnym goszczącej go instytucji i w zależności od jej profilu ma kontakt z mentorem i grupą innych artystów. Zapewnia mu się warunki sprzyjające samotnej pracy, może tworzyć z dala od presji rynku sztuki i deadlinów wystawienniczych.

 

Czym jest więc właściwie rezydencja artystyczna? W obecnych czasach bardzo trudno przywołać jedną definicję tego pojęcia, tak wiele jest modeli i pomysłów na to, czym powinna być. Jest to niewątpliwie działanie wspierające mobilność osób wywodzących się ze świata sztuki poprzez udostępnienie miejsca, a czasami nawet tylko sieci kontaktów i nie zawsze materialnych zasobów na określony czas. Sens istnienia rezydencji wiąże się ściśle z obecnością artystów. Ich ciekawość, pomysły, fantazje wyznaczają przebieg rezydencji i kształtują jej dynamikę. Jeśli spojrzeć na inicjatywy tego rodzaju z perspektywy organizacji goszczącej, to wiążą się one z hojnym obdarowywaniem nie tylko stypendiami czy wygodnym studiem, ale przede wszystkim zaufaniem i pomocą. Zaufanie rozumiane jest tutaj jako zgoda na podjęcie ryzyka związanego z inwestycją w proces, a nie w produkcję ukończonego dzieła.

 

Wielu twórców korzysta z rezydencji artystycznych, gdyż zapewniają one odpowiednie środowisko dla ich praktyki, zakładającej pracę z przedstawicielami lokalnych społeczności, partycypację, eksperyment oraz wyjście poza studio. W miejscu, w którym rezydenci znaleźli się po raz pierwszy, nie znając miejscowego języka, topografii ani mieszkańców, eksploracja staje się znacznie łatwiejsza lub w ogóle możliwa, gdy ma się swojego opiekuna. Funkcję tę programy definiują rozmaicie, czasem jest to kurator, innym razem asystent wolontariusz, a jeszcze innym producent. Kurator czy asystent rezydenta staje się jego przewodnikiem po nieznanej rzeczywistości, pomaga w budowaniu sieci kontaktów, opowiada historie związane z miejscem, w którym pracuje, często jest również tłumaczem, a zdarza się, że i przyjacielem.

 

Dlatego też w kontekście rezydencji używamy czasem sformułowania radical hospitality absolutnej, radykalnej gościnności. Czyli takiej, w której dajemy wszystko, nie oczekując niczego w zamian. A jednak w rzeczywistości relacja między rezydentem a organizacją goszczącą opiera się na oczekiwaniu odwzajemnienia. Co więcej, jest na wielu etapach ograniczana kolejnymi warunkami. Chyba najbardziej widoczne jest to w momencie selekcji. W otwartych naborach (open calls) programy rezydencyjne otwarcie określają na stronach internetowych zasady swojej warunkowej gościnności. Trzeba spełnić szereg kryteriów merytorycznych i praktycznych. W wyszukiwarkach pojawia się wiele kategorii, według których usystematyzowane są organizacje rezydencyjne i na podstawie których artyści dokonują wyboru właściwego miejsca; są to między innymi: dyscyplina, typ rezydencji, towarzysz (od małżonka i dzieci po zwierzęta domowe), typ studia, stypendium czy grant projektowy.

Rezydencje stymulują podróże międzykulturowe. Goście i gospodarze pochodzą często z różnych krajów, kontynentów, posługują się odmiennymi językami. Dzięki obecności gościa gospodarz ma szansę spojrzeć na swoją rzeczywistość z jego perspektywy, może posmakować potraw innych kultur czy poznać nieznane mu zwyczaje, niemniej rezydencja jest też nieustanną negocjacją, wynikającą właśnie z kulturowej i społecznej odrębności obu stron. I choć jako organizatorzy rezydencji chcielibyśmy otworzyć się na ideę absolutnej gościnności, to w rzeczywistości postawa, która zakłada całkowite pozbycie się własnych oczekiwań i zasad w imię bezgranicznej otwartości na przybywającego jest czysto utopijna.

 

Mieliśmy niegdyś okazję gościć kuratora, który był czarujący niczym Don Juan i utalentowany... w tworzeniu własnej legendy. Szybko nawiązał przyjacielską relację z kuratorką prowadzącą jego rezydencję: razem imprezowali, był zapraszany do domu, na spotkania z jej znajomymi. W tym czasie otrzymywał też zaproszenia do kolejnych projektów. Niestety z czasem okazało się, że jego wkład w zaplanowane działania pozostawał jedynie deklaratywny, a co więcej, nasz uroczy rezydent zaczął łamać zasady obowiązujące w budynku rezydencji korzystał z używek, a nawet podnajmował studia osobom trzecim bez wiedzy koordynatorów. Zdyscyplinowanie niesubordynowanego rezydenta, który w międzyczasie stał się przyjacielem, okazało się bardzo trudne. Bycie kuratorem, menadżerem, czy koordynatorem rezydencji nie może oznaczać rezygnacji z własnych potrzeb. Znajomi prowadzący programy wielokrotnie opowiadali mi o gościach łamiących wszelkie zasady albo takich, którzy stają się absorbujący nie tylko w relacji profesjonalnej. Nieraz słyszałam: Dlaczego ja się w ogóle z nim spotykam w wolnym czasie, przecież nawet go nie lubię?!.

 

Rozważając współcześnie pojęcie gościnności w kontekście rezydencji artystycznych, nie można pominąć kwestii poszukiwania schronienia przez twórców. W 1993 r. w odpowiedzi na zabójstwo pisarzy w Algierii powstał pomysł stworzenia sieci miast, które zgodziłyby się gościć zagrożonych literatów. W 2006 roku sieć przekształciła się w liczący z roku na rok większą liczbę członków ICORN (International Cities of Refuge Network). W Polsce Kraków, Wrocław, Gdańsk i Katowice przyjmują co roku jednego lub dwóch pisarzy na dłuższy pobyt; od 2019 r. do programu włączy się również Warszawa. Poczynając od 2013 r. można zaobserwować wzrost liczby inicjatyw zapewniających rezydencje dla artystów pochodzących z krajów objętych wojną albo narażonych na opresje z powodu zaangażowania politycznego, społecznego czy działalności opozycyjnej. Projekty typu Safe Haven (Bezpieczna przystań) rozwijają się w odpowiedzi na potrzeby wynikające z konfliktów zbrojnych i społecznych protestów w krajach arabskich. W przypadku takich organizacji na pierwszy plan wysuwa się nie jakość pracy, ale chęć niesienia pomocy artystom, którzy szukają sposobu, by uniknąć represji czy nawet śmierci w swoim kraju. Prowadzący te rezydencje stają przed wyzwaniami zupełnie innymi niż ci zajmujący się klasycznymi programami. Przede wszystkim muszą zmierzyć się z traumatycznymi doświadczeniami swoich gości i postarać się wesprzeć ich specjalistyczną opieką psychologiczną. Formalności związane z organizacją tych rezydencji są też znacznie bardziej skomplikowane niż w przypadku trwających trzy miesiące pobytów, w których najczęściej wystarcza wiza turystyczna. Kolejnym istotnym zagadnieniem jest znajomość języka miejscowego czy choćby angielskiego, bez której gościowi trudno zadomowić się w obcym kraju.

I tak jak organizacje rezydencyjne odpowiadają na potrzeby współczesnych twórców, tak i artyści po wielekroć przywołują temat etycznych, politycznych i społecznych kwestii, dotyczących znaczenia gościnności w czasach masowej migracji, nasilania się nastrojów nacjonalistycznych oraz szerzenia się populistycznego języka, odwołującego się do podziału na myobcy. Dziś, gdy kwestia praw regulujących przepływ obcokrajowców, regulacji, jakimi objęci zostają uchodźcy czy migranci ekonomiczni, jest wyjątkowo paląca i prowadzi do podziałów społecznych, warto wrócić do idei gościnności i paradoksu, który ujawnia się w samym pojęciu. Dla programów rezydencyjnych gościnność jest ideą fundamentalną, stanowi punkt wyjścia dla tego typu inicjatyw, splatając je z takimi kategoriami jak podróż, dom czy otwartość i udomowienie. Taka formuła pracy z artystami daje nadzieję, że w wyniku ścisłej współpracy rezydentów i instytucji, mogą w odpowiedzi na odnalezioną w świecie konkretną potrzebę powstawać projekty ważne i przynoszące zmianę.

 

 

BIO

 

Ika Sienkiewicz-Nowacka jest menadżerką kultury i kuratorką. To ona stworzyła w Ujazdowskim program pobytów rezydencyjnych. Jest absolwentką Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Ma także europejski dyplom zarządzania kulturą (uzyskany w Brukseli). Jest członkinią rad programowych Akademie Schloss Solitude i Res Artis. Jej zainteresowania badawcze skupione są na roli rezydencji w ramach praktyki artystycznej i instytucjonalnej. Inicjuje projekty, w których sztuki wizualne stają się narzędziem zmiany społecznej służą kształtowaniu i promocji alternatywnych modeli rozwoju społecznego.

* Zdjęcie w tle: Juliette Delventhal, Paweł Kruk, Piec, 2011. Zdjęcie: Bartosz Górka.

[1] Stypendium artystyczne wynosi 1300 euro miesięcznie.