Chodziło wyłącznie o tożsamość. Przeciwko polityce podporządkowania tożsamościowego

Boris Buden
Po pocałunku

 

Kiedy gmach ideologiczny, który jeszcze do niedawna zdawał się niewzruszony, nagle obraca się w ruinę, wielu z tych, którzy w jego dogmatach widzieli lustrzane odbicie swojego życia i świata, z ogromnym zdumieniem doświadcza niepokojącej utraty tożsamości, jakby wszystko, w co wcześniej wierzyli, okazało się bajeczką dla grzecznych dzieci. Właśnie coś takiego stało się z ideologią okresu transformacji postkomunistycznej. Faktycznie mieliśmy do czynienia z bajką podobną do Śpiącej Królewny: narody Europy Wschodniej po kilku dekadach głębokiego, totalitarnego snu, wywołanego przez ukłucie zatrutymi ideami komunistycznymi, nareszcie obudziły się, pocałowane przez Księcia z obcych krain, czyli porządek demokratyczny z jego nieskalaną niewinnością i wysublimowanym pięknem. Zazwyczaj jednak tam, gdzie kończy się bajka, zaczyna się prawdziwe życie. Zamiast szczęśliwego zakończenia nastąpiła konfrontacja z twardą rzeczywistością: rozpadem więzów społecznych, wyzyskiem kapitalistycznym, antagonizmami na skalę globalną, upiorami z przeszłości i najbardziej perfidnym rodzajem polityki , która dotyczy tożsamości. Ta ostatnia natychmiast ustanowiła rewolucję demokratyczną jako własny solowy popis. Chodziło wyłącznie o tożsamość.

 

Z jednej strony nagły upadek starego porządku zrodził wiele nowych form walki emancypacyjnej. Od coraz szerzej zakrojonych postulatów równouprawnienia płci po marsze równości na ulicach miast Europy Wschodniej, prawa grup mniejszościowych stały się istotną stawką polityczną w okresie przejściowym. Jednak to, co zdawało się nagłym skokiem w lepszą, demokratyczną przyszłość, zostało nagle przyćmione przez regresywne konflikty między narodami i grupami etnicznymi. Długo oczekiwane wyzwolenie otworzyło puszkę Pandory z najgorszymi formami nacjonalizmu i szowinizmu, które gdzieniegdzie wywołały falę przerażającej przemocy, a nawet wojny, jak ta w byłej Jugosławii w latach 1991-1999.

Ideologia przemian postkomunistycznych zaoferowała wyjaśnienie przyczyn tego regresu, które trąciło sprymitywizowanym freudyzmem: nacjonalizm w Europie Wschodniej po upadku komunizmu stanowić miał rezultat powrotu tego, co wyparte. Atawistyczna nienawiść wobec innego, sięgająca korzeniami okresu przednowoczesnego, została stłumiona pod rządami totalitarnymi i w swojej prymitywnej, irracjonalnej formie pozostawała w sferze nieświadomości. Kiedy już nic jej nie powstrzymywało, dała o sobie znać z całą mocą, wywołując regres całych społeczeństw. W ten sposób przyczyna gwałtownych wybuchów nacjonalizmu w krajach dawnego bloku wschodniego nareszcie objawiła się w pełnej krasie, jako upośledzona tożsamość kulturowa. Uznano to za konsekwencję rządów totalitarnych, które uniemożliwiły jej normalny rozwój, choć w innych okolicznościach mogłyby one zapewnić demokratyczną kontrolę nad pierwotnymi instynktami. W ten sposób nieatrakcyjne, nacjonalistyczne cechy zbudzonej Królewny okazały się integralnymi elementami jej wschodniej tożsamości. Prościej rzecz ujmując, nie była wysoko urodzona, w przeciwieństwie do Księcia, który przybył z gotową tożsamością znacznie szlachetniejszą, bo zachodnią.

 

Traumatyczne spotkanie odmiennych tożsamości całkowicie zdeterminowało charakter rewolucji demokratycznych w latach 1989-1990. Wprawdzie demokrację bezsprzecznie wywalczyły masy byłego bloku wschodniego, co należy uznać za ich ogromny sukces, to jednak jawi się ona jako cecha tożsamości kogoś innego. Przybyła bowiem w szatach zachodnich wartości, wpisana w konkretną, kulturowo zlokalizowaną i geopolitycznie terytorializowaną formę życia. Z tego powodu demokracja nigdy nie zadomowiła się na Wschodzie, gdzie do dziś pozostała jedynie kopią, której oryginał znajduje się gdzie indziej na Zachodzie.

 

Tak naprawdę cała ideologiczna nadbudowa tak zwanego upadku komunizmu została zorganizowana wokół paradygmatu polityki tożsamości. Nie tylko określiła sens tego wydarzenia historycznego i tożsamość jego podmiotów, ale także radykalnie zredefiniowała ramy najnowszej historii i samą koncepcję transformacji politycznej, odbierając jej wymiar społeczny. Pojawił się pogląd, że kwestie społeczne nie są motorem przemian politycznych. A jeśli dokonujące się przeobrażenia nie stanowiły wyniku relacji społecznych, to rzekomo nie mają na nie wpływu. W jednej chwili zdyskredytowana została nawet koncepcja społeczeństwa bezklasowego. Po 1989 roku okazało się, że mylą się ci, którzy niegdyś uważali tę ideę za niedorzeczną komunistyczną utopię. Protagoniści transformacji postkomunistycznej w Europie Wschodniej naprawdę zachowują się tak, jakby ich społeczeństwa stały się bezklasowe. Uważają wręcz, że w przekształcanej przez nich rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, by przywołać słynne stwierdzenie Margaret Thatcher. Akcentują natomiast różnice kulturowe między narodami, etnicznościami, wyznawaną wiarą i dużymi obszarami kulturowymi, zwanymi również kręgami kulturowymi, takimi jak Europa, Zachód, Wschód, Bałkany itd. Istnieje też głęboka, mroczna historia, pełna traumatycznych doświadczeń, stanowiących wynik tych różnic. Krótko rzecz ujmując, dla sił politycznych okresu transformacji postkomunistycznej historia wszystkich istniejących do tej pory społeczeństw jest historią walk tożsamościowych.

 

 

Bóg ich osądzi

 

Z tej historycznej perspektywy trudno się dziwić, że komunistyczna przeszłość stała się kwestią tożsamości. Komunizmu nie postrzega się dzisiaj jako prawidłowej lub błędnej odpowiedzi na problemy społeczne, wywołane przez sprzeczności, immanentnie wpisane w historyczny kapitalizm, ale raczej jako obcą tożsamość, to znaczy (kulturowo) obcego intruza, który zakłócił przedustawną harmonię wspólnoty narodowej i zerwał normalną czy naturalną ciągłość historii.

Ten intruz nosi zazwyczaj jakieś obce nazwisko, w większości przypadków rosyjskie. Nietrudno to zrozumieć w odniesieniu do krajów dawnego Układu Warszawskiego, bezpośrednio odczuwających skutki politycznej i militarnej dominacji Związku Radzieckiego. Masy w tych krajach miały przynajmniej jakiś powód, by rządy komunistów uważać za okupację radziecką. Dotyczy to również krajów spoza bloku sowieckiego, na przykład byłej Jugosławii, gdzie jugokomunizm czy serbokomunizm potwierdziły ogólną zasadę: by odciąć się od dziedzictwa komunizmu, ideologia i polityka w postkomunistycznym okresie przejściowym łączy tę spuściznę ze znienawidzoną obcą tożsamością, jakby koncepcja i praktyka polityczna komunizmu miała w sobie coś zasadniczo radzieckiego albo serbskiego.

 

Logika wykluczenia ze względu na tożsamość doszła do głosu nawet w Rosji, gdzie całe doświadczenie historycznego komunizmu, obcego zasadniczo prawosławnej tożsamości narodu rosyjskiego, zostało retrospektywnie splecione z ideą bolszewizmu albo ucieleśnione w postaci Lenina. Następnie zaś odżegnano się od tego okresu, na przykład oddając go pod boski osąd: Bóg ich osądzi, powiedział wprost Putin o bolszewikach. W 2014 roku oskarżył ich o oddanie ważnych terytoriów radzieckich sowieckiej Ukrainie. Powtórzył to na konferencji prasowej pod koniec 2019 roku, tym razem winą za to obarczając Lenina. To on wpadł przecież na pomysł, by odziedziczone po przodkach terytoria rosyjskie przekazać Ukrainie, czemu jak twierdził Putin początkowo sprzeciwiał się Stalin. Jednak ideologiczny sens tego obwiniania polegał na stworzeniu określonej tożsamości. Komunizm wcielony w Leninowskich bolszewików naruszył etniczną strukturę tych regionów. Innymi słowy, stał w sprzeczności ze światem prawdziwej ludzkiej natury, który jest niczym innym jak ogółem relacji tożsamościowych. Jako prawdziwy post- i antykomunista, Putin, uosabiający całą współczesną rosyjską politykę, postawił sobie za cel wyeliminowanie tej anomalii, odziedziczonej po komunistycznej przeszłości (A teraz my się musimy z tym borykać.), by przywrócić harmonię między rzeczywistością i ludzką naturą, co w praktyce oznacza ponowne wytycznie (komunistycznych) granic, zgodnie z właściwymi relacjami tożsamościowymi. Wprawdzie Putin uznaje istnienie typowo ukraińskiej tożsamości, uważa ją jednak za słabszą lub nie dość rozwiniętą, by mogła odciąć się od rosyjskiej, która dla niego stanowi oczywiście przykład w pełni rozwiniętej tożsamości narodowej. Może to jednak znacznie utrudnić konkretne przeobrażenia terytorialne, nawet jeśli nikt nie kwestionuje logiki tożsamości (narodowej) ani jej ścisłych relacji z danym terytorium.

 

Gest oddzielenia komunizmu i jego spuścizny ideologicznej od tożsamości narodu ma swoje zalety, bowiem pozwala przywrócić rzekomą ciągłość historii, zredukowanej do abstrakcyjnego, linearnego trwania narodu w pustym czasie. Obecnie w Rosji z ruin komunizmu wyłania się Imperium Rosyjskie, skrzętnie oczyszczone z traumatycznego dziedzictwa wewnętrznych sprzeczności społecznych i  uchowaj Boże! walk klasowych oraz carskiego imperializmu, którym w niemniej traumatyczny sposób rzucili wyzwanie bolszewicy pod wodzą Lenina. Nie trzeba dodawać, że do tak arbitralnie oczyszczonej historii narodowej da się również z łatwością wprowadzić wszystko, co działo się w okresie sowieckim, jeśli tylko służy to aktualnym interesom. Można celebrować triumf nad faszyzmem w drugiej wojnie światowej jako wyłącznie radziecki sukces, można go także powtórzyć, przedstawiając okupację Krymu jako równie zwycięską walkę z faszystami.

Nie igraj z Zachodem

 

Faktycznie Śpiąca Królewna z postkomunistycznej bajki została skalana, ale Książę, który ją obudził, też nie jest aniołem. Tak jak jego wschodni, postkomunistyczny odpowiednik, Zachód to również istota o określonej tożsamości, politycznie, ekonomicznie i kulturowo dominująca na świecie. W konsekwencji w ideologicznej autoprezentacji głównych problemów transformacji postkomunistycznych ten moment historyczny prezentuje się wyłącznie jako starcie tożsamości. Jeśli historia wciąż postępuje naprzód, mimo że już dawno temu ogłoszono jej koniec, to dzieje się tak nie na drodze przemian społecznych, tylko raczej deklaracji tożsamościowych. Mamy do czynienia ze swoistym dramatem przynależności. Tak jak jednostki nie mają obecnie innego wyboru, jak tylko zgłosić akces do określonej tożsamości zbiorowej, najczęściej narodowej, tak narody są również zmuszone do przyłączenia się do większych bloków tożsamościowych. Z tego punktu widzenia transformacja postkomunistyczna ulega radykalnej rekonceptualizacji. To, co rozpoczęło się jako przeobrażenie społeczne, szybko zmieniło się w pewnego rodzaju przeszeregowanie tożsamościowe. Teraz wielkie ideały demokracji, wolności, praworządności, ekonomicznego i kulturowego dobrobytu, stabilności społecznej itd. można zrealizować, przyłączając się do Zachodu. Proces transformacji demokratycznej, początkowo zwanej nawet rewolucją, ostatecznie stał się synonimem westernizacji powszechnego przesunięcia kulturowego w stronę Zachodu.

 

W większości dawnych krajów socjalistycznych proces ten przybrał konkretną polityczną i instytucjonalną formę, którą można scharakteryzować za pomocą koncepcji tak zwanej integracji euroatlantyckiej, czyli, innymi słowy, integracji z Unią Europejską i NATO. Pociąga to jednak za sobą także przesunięcie w statusie suwerenności i ustanowienie nowych granic reżimów: podczas gdy suwerenność nowych państw członkowskich i ich granice z Unią Europejską ulegają znaczącemu osłabieniu, zapory na ich rubieżach wzmacniają się. Po przyłączeniu się, każde państwo staje się członkiem niezwykle elitarnego klubu Zachodu. Nie jest to jednak instytucja polityczna: nie ma demokratycznie wybieranego rządu; żaden kraj nie usankcjonował jego istnienia, o które zresztą Zachód nigdy nie zabiegał; pozornie zajmuje określone terytorium, ale nie sposób narysować jego mapy i wytyczyć granic. Nie oznacza to jednak, że nie jest to byt realny. Jego istnienie manifestuje się w postaci efektów jego potęgi. Jest niczym innym, jak tożsamością z zasobami finansowymi, bronią i prestiżem. Jeśli igrasz z Zachodem, narażasz się na ruinę ekonomiczną, regres do epoki kamienia albo odejście w zapomnienie. Jeżeli natomiast wejdziesz na ten szlachetny obszar, bez wątpienia odniesiesz korzyści. Niemniej Zachód jest niczym więcej jak tożsamością, która nie zastąpi porządku demokratycznego. Zachód to wręcz nazwa dla historycznego kryzysu demokracji, bowiem nie udało mu się ukonstytuować poza terytorialną i instytucjonalną ramą państwa narodowego i wyjść poza koncepcję suwerenności narodu. Jako formacja ideologiczna okazuje się podjętą przez najlepiej rozwinięte dziś demokracje próbą ucieczki od sprzeczności neoliberalnej globalizacji przez przyłączenie się do normatywnego bloku tożsamościowego, w obrębie którego zyskują one szansę na zapewnienie sobie globalnej dominacji. To jednak desperacka próba. Kojarzy się z zaproponowaną przez Zygmunta Freuda koncepcją ucieczki w chorobę, czyli mechanizmem obronnym, dzięki któremu neurotyk, uciekając od własnych wewnętrznych konfliktów, wywołuje objawy schorzenia psychicznego. Doskonałego przykładu takiej ideologicznej produkcji symptomów dostarczyła niedawno Unia Europejska.

Ucieczka w kłamstwo historyczne

 

W ostatnich latach Parlament Europejski w Strasbourgu dwukrotnie przyjmował rezolucje, których celem było uporanie się z przeszłością, by Unia Europejska mogła odciąć się od dziedzictwa tak zwanych dwóch totalitaryzmów. Obie przyjęto zdecydowaną większością głosów. Pierwsza, z 2 kwietnia 2009 roku (za głosowało 533 posłów, przeciw 44, wstrzymało się 33), potępiała zbrodnie totalitarne i nawoływała do uznania wspólnoty dziedzictwa komunizmu, nazizmu i faszyzmu. Druga, z 19 września 2019 roku (za 535 posłów, przeciw 66, wstrzymało się 52) dotyczyła znaczenia europejskiej pamięci historycznej dla przyszłości Europy. W obu przypadkach Unia Europejska, tworząc oficjalną narrację o historii i politykę pamięci, kierowała się logiką rewizjonizmu historycznego. Podczas gdy otwarcie uznano dwa totalitaryzmy, komunizm i nazizm/faszyzm za jednakowo zbrodnicze, to jednocześnie milcząco uznano nazizm za rodzaj przesadnej reakcji na grzech pierworodny, który ucieleśnił się w koncepcji bolszewizmu. Takie stanowisko propagował pod koniec lat osiemdziesiątych konserwatywny niemiecki historyk Ernst Nolte, który uważał komunizm i nazizm za dwie formy totalitaryzmu, ale zbrodnie nazistowskie uznawał zaledwie za kopię oryginalnych zbrodni bolszewików.

 

Odsuńmy na bok tę tezę, której fałsz wydaje się szczególnie uderzający w rezolucji z 2019 roku, w myśl której drugą wojnę światową wywołał pakt o nieagresji podpisany przez Niemcy i Związek Radziecki. Znacznie istotniejsza jest ideologiczna użyteczność takich poglądów w kontekście pogłębiającego się kryzysu Unii Europejskiej, która dzisiaj, po Brexicie, po raz pierwszy w historii staje w obliczu groźby dezintegracji. W tym kontekście obie te rezolucje stanowią dość rozpaczliwe próby rekonstytucji Unii Europejskiej na gruncie jej substancjalnej tożsamości. Ujmując to precyzyjniej, były to próby wyposażenia wyobrażonego konstruktu tożsamości europejskiej w realną esencję w formie wspólnej przeszłości, to znaczy podzielanego dziedzictwa. Jak milcząco zakładają obie rezolucje, Narody Europejskie jednoczą się, tworząc Unię, nie ze względu na wspólnotę interesów czy współdzieloną wizję lepszej przyszłości, ale raczej na gruncie klarownie zdefiniowanego i podzielanego doświadczenia historycznego. Obie rezolucje jawnie to deklarują. W pierwszej znalazło się stwierdzenie, że Europa nie będzie zjednoczona, jeżeli nie potrafi wypracować wspólnego poglądu na temat swojej historii, zaś w drugiej, że uznanie wspólnego europejskiego dziedzictwa zbrodni totalitarnych reżimów jest kluczowe dla zapewnienia jedności Europy i Europejczyków. Nie trzeba dodawać, że taka podzielana przez ogół prawda historyczna, usankcjonowana przez Parlament Europejski, ułatwia instytucjonalizację wspólnej kultury pamięci (pierwsza rezolucja) i legitymizuje oficjalną politykę pamięci (druga rezolucja). W ten sposób prawdę historyczną nie tylko się ustala, czy, mówiąc dokładniej, narzuca arbitralną decyzją polityczną, a konkretnie większością głosów, ale także staje się ona narzędziem władzy i orężem w walce politycznej, którego można użyć przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom. Na przykład ci, którzy jak europejscy antyfaszyści nie chcą i nie mogą rozpoznać siebie w tej prawdzie historycznej, i dlatego nie mają innego wyjścia, jak tylko odrzucić tę pamięć kulturową i sabotować taką politykę pamięci, zostaną automatycznie wykluczeni z prawdziwej tożsamości europejskiej, uznani za obcych wspólnej kulturze (pamięci) europejskiej i potępieni jako polityczni wrogowie Europejczyków. Jednocześnie taka substancjalna tożsamość, której esencją stała się oficjalna prawda historyczna, domaga się stabilnych granic w celu obrony przed zewnętrznymi wrogami i budowania odporności na współczesne zagrożenia zewnętrzne, by przywołać sformułowanie z drugiej rezolucji. Zważywszy na to, kto ją zainicjował państwa bałtyckie i Polska można się domyślić, że zagrożenia zewnętrzne stwarza Rosja, która w tym czarnym scenariuszu została osobliwie zidentyfikowana jako główna spadkobierczyni dziedzictwa komunizmu, a nie historyczna następczyni carskiego imperializmu i jego reakcyjnych wartości, którym radykalnie sprzeciwili się bolszewicy, a które dzisiaj wiodą drugi żywot w coraz bardziej zmilitaryzowanej i nie mniej reakcyjnej oligarchii Putina. Kiedy uwzględni się niedawny zwrot ku skrajnie prawicowemu populizmowi w Unii Europejskiej, a także w innych krajach zachodnich, można zrozumieć, dlaczego ta nieprzychylność wobec Rosji jako intruza z zewnątrz zbiega się w czasie z upowszechnianiem się agresywnych, wrogich postaw wobec uchodźców i imigrantów.

 

 

Droga wyjścia

 

Postkomunistyczny antykomunizm paradoks sam w sobie położył stabilne ideologiczne podwaliny pod przeobrażenie dzisiejszej, nękanej przez kryzys Unii Europejskiej i całego Zachodu w reakcyjny blok nienawiści o postdemokratycznej tożsamości. To w prostej linii dziedzic Europy, niegdyś zjednoczonej pod wodzą nazistów/faszystów Europy, w której niemal wszystkie narody ustanowiły reżimy kolaboracyjne (dlatego dziś tak entuzjastycznie popierają politykę rewizjonizmu historycznego) i idealny partner w wojnie przeciwko równie reakcyjnej Rosji, drugorzędnej światowej potędze, ogarniętej taką samą obsesją na punkcie tożsamości.

 

Należy pamiętać lekcję, jaka płynie z gwałtownego rozpadu byłej Jugosławii, wieloetnicznej, wielowyznaniowej i wielokulturowej unii republik federalnych. Rezultat jest przygnębiający: kilka państw stało się wasalami Zachodu, a dla ich obywateli niegdysiejsze, wzniosłe deklaracje suwerenności brzmią dziś jak zły żart. Reszta (Bośnia, Kosowo), objęta swego rodzaju protektoratem przez Zachód, stała się areną zamrożonego konfliktu, pozostając w ciągłym stanie wyjątkowym, bez perspektyw na powrót do normalności, to znaczy do porządku suwerennych państw narodowych.

 

Odnosi się to również do dzisiejszej Ukrainy. Po rozpadzie, stanowiącym wynik przymusowej identyfikacji tożsamościowej, nigdy nie odzyska dawnej jedności terytorialnej ani suwerenności narodowej. Nie powróci harmonia zjednoczonego demokratycznego państwa narodowego. Zresztą to i tak było kłamstwo. Istnieje jednak droga wyjścia, jedyna, która otwiera perspektywę emancypacji ucieczka z więzienia tożsamości.

 


Tłumaczenie z języka angielskiego: Mateusz Borowski

 

BIO

 

Boris Buden jest pisarzem, krytykiem kulturalnym i tłumaczem. Studiował filozofię w Zagrzebiu i uzyskał tytuł doktora w dziedzinie teorii kultury na Uniwersytecie Humboltów w Berlinie. W latach 90. był redaktorem w Arkazin, zagrzebskim piśmie i wydawnictwie. Jest członkiem zarządu Europejskiego Instytutu Progresywnych Polityk Kulturalnych (eipcp) w Wiedniu. Eseje i artykuły jego autorstwa obejmują tematykę filozofii, polityki, tłumaczenia, lingwistyki, kondycji postkomunistycznej oraz krytyki sztuki i kultury. Wśród prac tłumaczonych przez niego na język chorwacki znajdują się najbardziej znaczące dzieła Zygmunta Freuda. Teksty Budena opublikowane zostały w wielu książkach, w tym w publikacji Concerning War: A Critical Reader in Contemporary Art (BAK, 2006/2010) oraz Art and Contemporary Critical Practice: Reinventing Institutional Critique (MayFlyBooks, 2009). Jest współredaktorem i współautorem takich książek jak Zone des Übergangs: Vom Ende des Postkommunismus (Suhrkamp, 2009), Übersetzung: Das Versprechen eines Begriffs (wraz ze Stefanem Nowotnym) (Verlag Turia + Kant, 2008), a także Der Schacht von Babel: Ist Kultur übersetzbar? (Kulturverlag Kadmos, 2004). Wykłada teorię kultury na Wydziale Sztuki i Wzornictwa na Uniwersytecie Bauhausu w Weimarze. Mieszka w Berlinie. 

* Zdjęcie w tle: Nikita Kadan, praca z serii Pogrom, 2017. Węgiel na papierze. Dzięki uprzejmości artysty.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 2 kwietnia 2009 r. w sprawie świadomości europejskiej totalitaryzmu: https://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//TEXT+TA+P6-TA-2009-0213+0+DOC+XML+V0//PL

Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 19 września 2019 r. w sprawie znaczenia europejskiej pamięci historycznej dla przyszłości Europy: https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2019-09-19_PL.html