Odległe ziemie

Simone Cortezão

Pierwodruk: Terras remotas, Piseagrama, nr 10, Belo Horizonte 2017, ss. 112-117.


Kawałki krajobrazu są transportowane dźwignicami, ciężarówkami, rurociągami i wagonami, aby następnie załadowano je na statki, które zabiorą je do innych krajów. Oto niewzruszone formy ukształtowania terenu, które przemieszczają się pod naporem gospodarki.

Kilka lat temu wracałam z Belo Horizonte do Vale do Aço w Minas Gerais. Jakieś dwadzieścia minut przed dotarciem do celu, jeszcze senna po mdlącej podróży, obudziłam się słysząc głos dziecka rozmawiającego z matką. Wzdłuż drogi widziałam już spycharki i ciężarówki przemieszczające góry żużlu. Głośno, jak to dziecko, czteroletni chłopiec powiedział zdziwiony: Popatrz, mamo! Fabryka chmur!

To była pracująca pełną parą huta. W gorącym słońcu dym łączył się z chmurami, a powstała w ten sposób chemiczna masa zawisała w powietrzu, by kiedyś wraz z deszczem opaść na ziemię. Deszcz, w różnych porach roku, był kwaśny od tworzącej się w ten sposób substancji. W tej dolinie wiatr nigdy nie był w stanie przegnać gazów i dymu. Wiatr zawsze był tu rzadkością i żyliśmy wśród tych wszystkich wytworzonych odpadów.

Okno mojego pokoju wychodziło na las eukaliptusów, który stanowił dla fabryki źródło energii. Wtedy właśnie, w roku 1990, zaczęły rozchodzić się plotki o prywatyzacji i przeniesieniu fabryki poza miasto. Zastanawiałam się, jak im się uda przewieźć tyle rzeczy, ziemi i drzew gdzie indziej. Dzisiaj lasu już nie ma. Nie ma już nawet góry, którą w całości usypano w innym miejscu.

W lipcu 1967 roku człowiek nazwiskiem Breno Augusto dos Santos przelatywał nad stanem Pará. Podczas lotu dostrzegł ogromne połacie dżungli. Jako dobry obserwator, Breno zauważył wśród drzew wyróżniające się poletka; wszystkie miały jedną wspólną cechę: brązowo-czerwonawy kolor. To ruda zabarwiała tak ziemię. Natychmiast poprosił pilota, żeby wylądował, po czym za pomocą niewielkiego kilofa dokonał odkrycia, które całkowicie zmieniło kierunek rozwoju i pojęcie o wielkości zasobów naturalnych Brazylii.

Film na YouTubie pokazuje około siedemdziesięcioletniego, siwego mężczyznę, który wygląda na szczęśliwego. To Breno Augusto dos Santos. Stoi na szczycie wzgórza na jednej z polan rudy, w głębi widać helikopter firmy Vale. Breno nagrywa krótkie wideo korporacyjne. Mówi, że już po raz szósty wylądował w tym miejscu miejscu, w którym odkrył rudę i opowiada o swoich wspomnieniach. Cieszy się, że pomógł umieścić Brazylię na mapie światowego przemysłu wydobywczego i podnieść wartość regionu Carajás.

W Brazylii kopalnie działają na około dwunastu tysiącach kilometrów kwadratowych, a blisko czterdzieści procent terytorium kraju zajmują potencjalne złoża metali. Co roku produkujemy średnio 139 milionów ton rudy żelaza, z czego 105 milionów eksportujemy. Siedemdziesiąt procent rudy produkowanej przez Vale wędruje do Azji.

Statkom, postrzeganym jako powolne i ciężkie, raczej daleko do naszego wyobrażenia o tym, co rozumiemy pod pojęciem gospodarki zdematerializowanej, zarządzanej przez komputery. Statki naznaczyły nie tylko epokę imperialną i odkryć geograficznych nadal są podstawą gospodarki, transportując przez oceany tony towarów i surowców, od ziemi po gaz.

Droga morska do Chin zabiera około czterdziestu dni. Trzydzieści pięć statków, każdy o średniej ładowności czterystu tysięcy ton. Co roku sama tylko firma Vale transportuje do Chin średnio 56 milionów ton rudy. Statki przewożą kawałki krajobrazu. Kontynent przemieszcza się codziennie, nienaturalnie, pod naporem gospodarki.

Ziemia jest wyrywana ze swojego czasu geologicznego wyspa jednego kontynentu usypana na innym, jak palimpsest. Góra pokryta jest drobnym pyłem innej ziemi. Proceder tworzenia sztucznej rzeczywistości geograficznej trwa nieprzerwanie. Statki z ziemią płyną dzień i noc. Odpowiadające za większość naszej gospodarki zasoby, takie jak rudy metali, węgiel, ropa, gaz i woda, znajdują się w licznych warstwach odległych ziem. Za sprawą geologicznych ran, pamięć mineralna ukryta wcześniej w głębszych warstwach, ukazuje się teraz naszym oczom w wyrobiskach kopalni odkrywkowych.

Kopalnie odkrywkowe są prawie zawsze zlokalizowane wśród gór albo na oddalonych od centrów terenach o charakterze miejskim. Osady wydobywające się z pokawałkowanych gór są wszędzie. Krajobraz kształtuje nie tylko zawiesina ziemnego pyłu, wznieconego przy drążeniu w ziemi, ale cała, przemieszczająca się chmura-kontynent; niewidzialność gospodarki materialnej w stanie rozpadu. Według Brazylijskiego Instytutu Górnictwa (IBRAM), w 2020 roku będziemy wydobywać jeszcze szybciej.

Górę, prawie cały czas otoczoną mgłą skalnej zawiesiny, zabrał wielki frachtowiec, zbudowany specjalnie na potrzeby rejsu trwającego czterdzieści pięć dni. Miała inny kolor niż wtedy, gdy sucha i pokryta pyłem została wyrwana z posad; teraz, na morzu, widać było otaczającą ją zawiesinę: białą mgłę morską i jakiś rodzaj szarej i ziemistej chmury.

José, osiemdziesięcioletni szyper z Porto de Tubarão, opowiada o podróży statkiem do Chin. Kiedy to było dokładnie nie pamięta, ale opisuje statek, codzienne życie, morski krajobraz, bezkresny horyzont bez śladu lądu i transport góry. Pryzma ziemi pokonała najpierw ogromne odległości ciężarówkami, dźwignicami, rurociągami i wagonami. Wiele lat zajęło, zanim dotarła na statek.

W miarę oddalania się frachtowca, sylwetka góry stawała się coraz bardziej widoczna. Gdy był już daleko od brzegu, góra stała się pływającą wyspą.

Góra zbliża się do nowego kontynentu, statek dopływa do Chin, a José wspomina teraz portowe przepisy regulujące cumowanie statku. Pokazuje inne, transportowane właśnie mniejsze góry, ale mówi, że największa już odpłynęła. Widać frachtowce wypełnione ziemią: morze i statki w oddali. Przez ocean płynie teraz kontynent, dzień po dniu. W zamian za góry, statek przywozi z powrotem dużo towarów, opowiada stary szyper.

Żegluga jest ostatnim etapem dyslokacji gór. Podczas żeglugi możemy zobaczyć przemieszczający się krajobraz. Wizualna dychotomia ziemi i morza symbolizuje przejście między tymi dwoma fazami produkcji i wskazuje na kres irracjonalnej logiki gospodarczej.

Spycharka, która ugrzęzła na skraju wielkiej dziury i zastygła pod skorupą pyłu, pachniała żelazem. Przedzieraliśmy się przez to terytorium, napotykaliśmy przeróżne stworzenia i wymyślaliśmy radykalne zastosowania dla dziesięciometrowego dołu.

Płytki były jasnoniebieskie w białe kropki, wielkości mniej więcej pięć na osiem centymetrów, typowa podłoga z lat sześćdziesiątych. W domu były tylko dwie sypialnie. Stał przy ulicy. W salonie był niewielki żółty fotel i ciemnozielona kanapa z poduszkami w zwierzęta i dżunglę. Przez środek domu, dokładnie między dwiema sypialniami, przebiegało ogromne pęknięcie. W nocy, z łóżka, widziałam ślad na podłodze, a w deszczowe dni śniłam i rozmyślałam o groźbie zapadnięcia się połowy domu w ziejącą pod nim wielką dziurę.

Ta część miasta była jedną z tych zapomnianych przestrzeni na obrzeżach miejskiej tkanki miejscem, które zarasta trawą, graniczy z naturą. Nieruchoma spycharka stanowiła doskonałą aluzję do zatrzymania się w porę przed grożącym wypadkiem. W obliczu katastrofy nie zabiera się nawet rzeczy osobistych. Porzucony beżowy uniform stapiał się z nagromadzonym wewnątrz spycharki pyłem.

Ze zmyśloną mapą w ręku eksplorowaliśmy dziurę-zapadlisko. Bananowce, maniok i słodkie ziemniaki były jedynymi gatunkami, które starając się wątłymi korzeniami utrzymać zapadający się grunt, przetrwały w zerodowanej ziemi. Głębsze warstwy połyskiwały różowo jak brokat, czasem smarowaliśmy sobie tym błotem ciało. W tych chwilach przerwy katastrofa usypiała. Znaleźliśmy się dokładnie pod naszym domem, widać było fundamenty i podłogę.

Pod bezkresnym niebem oceanu, pomiędzy dniem a nocnymi rozmyślaniami, pękanie domu i wdzieranie się ziemi do jego wnętrza sprzed dwudziestu pięciu lat i towarzysząca im groźba osunięcia wypełniały moje sny.

Upadek jest przeważnie końcowym stadium procesu, na który składają się długie lata uprawy eukaliptusa, wydobywania i oczyszczania rud. Jeziora odpadów, rozległe opuszczone obszary, nieużywane budowle, skraj ogrodzenia wokół miejsca, w którym zostało jeszcze trochę złota oto wszystko, co pozostaje: resztki albo ziejące i nieaktywne wyrwy w gospodarce. Istnieje inny rodzaj upadku zniszczenie. Ogołocona ziemia i chwasty, jedyne rośliny, które rosną spontanicznie w tych miejscach, wskazują na dysfunkcję. Upadki, jak szczeliny, otwierają możliwość czujnej obserwacji.

Tkanka miejska cały czas wytwarza takie strefy cofki, terytoria zakazane, które gromadzą szczątki innych miejsc, jak miliony nakładających się na siebie historii. Te miejsca to także wysypiska, hałdy żużlu, nieczynne fabryki, plantacje eukaliptusa, rury odprowadzające odpady poprodukcyjne. W końcu cofka to refluks, miejsce, w którym zalegają śmieci i mieszkają uciekinierzy z miasta. Takie strefy to input, błędne koło katastrof, niczym miejsca o wysokiej intensywności i niskiej częstotliwości, rządzące się niezwykle skomplikowaną logiką i przechowujące potężne moce zakumulowanej energii.

Niewzruszona dawniej ziemia jest teraz przemieszczana za pomocą maszyn: spycharek, ciężarówek, wagonów, rurociągów, dźwignic, wreszcie statków. Część góry gdzieś się gubi i krąży jako pył. Inna zmienia się w błoto. Powstrzymywany szlam formuje jezioro, które po wyschnięciu zamienia się w pustynię. Jeśli błoto płynie dalej, staje się tykającą bombą, gotową rozsadzić zaporę.

Chmura pyłu unosi się nad zapadliskiem i wokół niego. Osady krajobrazu przybierają teraz widmową postać. Góra płynie już statkiem, ale zostały jeszcze głębsze warstwy podglebia, koparkoładowarki kontynuują po cichu swoją pracę.

Siarkowy zapach dotarł już na powierzchnię, wydobywa się z powstrzymywanego przez lata błota, z wyciętej góry. Właśnie doszło do kolejnego wypadku górniczego. W mediach społecznościowych, w gazetach, w mieście niedaleko ujścia rzeki do morza, wszyscy czekają na falę szlamu, która ma tu dotrzeć w sobotę, aby już w niedzielę spotkać się z oceanem. W miejscach już opanowanych przez błoto woda przybrała brązowo-pomarańczową barwę. W intensywnym upale kolejnych dni, szlam paruje, a wiatr niesie kwaśny zapach.

Na tym skraju miasta, gdzie kończy się ogrodzenie, a domy stoją wzdłuż ciągów kanalizacyjnych, z wielkiej rury wypływa błoto. Skorupa pyłu osiada na brudnych murach i fasadach budynków, z rzadka tu rozsianych, daleko od gęstego krajobrazu rozświetlonego centrum. To niezrozumiałe i rozległe miejsce to strefa cofki, ziemia niczyja, która nie znajduje się już na powierzchni. Obnażona, brudna dzielnica, chaos.

Na końcu ogrodzenia były dzieci z łopatkami i wiaderkami, a także opiekujący się nimi dorośli. Z gliny wystawały połyskujące fragmenty rury o średnicy przynajmniej jednego metra. Na końcu rury ślad wielobarwnego szlamu, a czasem drobiny złota. Nawet tam, w owym kartograficznym błędzie, w jakimś dziwacznym wykluczeniu, gdzie resztki rozpadającego się krajobrazu cuchnęły palącym i mdlącym kwasem, pojawiało się to, co Indianie Yanomami nazywają trucizną ziemi, a ekonomiści zasobami gospodarczymi.

Na miejscu nie było żadnego reportera, ponieważ całe to miejsce było jak ogromne ruchome piaski. Zarejestrowane pośpiesznie z helikopterów rozedrgane obrazy odsłaniały stopniowo skalę katastrofy: gigantyczne górnicze ciężarówki wyglądały jak małe, białe punkciki pośród błota.

Rok 2015 był jednym z tych, w których zdaje się wydarzać wszystko. Zbliżała się godzina siedemnasta, a w powietrzu wisiał czterdziestostopniowy upał, poprzedzony wieloma dniami bez deszczu. W telewizji obrazy pogrzebanego pod szlamem miasteczka Bento Rodrigues w stanie Minas Gerais. Tamtego popołudnia lawina błotna dalej wdzierała się w każdy zakątek doliny. Zdjęcia zrobione w palącym słońcu, przy bezchmurnym niebie, wyglądały jak kadry z dystopijnego, futurystycznego filmu typu Mad Max. Potworna rzeczywistość, jaką w początkowej opowieści zza kadru przedstawia Mad Max, to skażone rzeki, zatrute kości, brak wody. Cała ta rzeczywistość opisana przez narratora bardzo przypomina obrazy spływającej tamtego popołudnia gnijącej góry.

Kilka godzin później agencja monitorująca aktywność sejsmiczną poinformowała o odnotowanym w tym miejscu wstrząsie. Nie wiadomo, czy jezioro odpadów naruszyły niewielkie, codzienne drgania ciągłych implozji, czy spowodował to wstrząs sejsmiczny na bardziej oddalonych terenach, a może firma zmanipulowała informacje albo po prostu tama nie wytrzymała naporu masy wody o głębokości 924 metrów i objętości prawie 63 milionów metrów sześciennych. Niezależnie od technicznej przyczyny, wypadek ujawnił olbrzymi wpływ działalności wydobywczej na siły geologiczne. Wieczorem gazety, telewizja i media społecznościowe bezustannie atakowały nas obrazami lepkiego błota pokrytego plamami arsenu, cynku i metali ciężkich. Wkrótce ten ogromny ładunek błota miał dotrzeć do innych miast i rzeki Rio Doce, pochłaniając wszystko, co napotka na swojej drodze.

Każdego dnia kolejne miasto czekało na nadejście błota. Któregoś poniedziałku w mieście Baixo-Guandu, położonym bliżej morza, zebrał się tłum ludzi. Zdawałoby się, że czekają na zachód słońca, wypatrywali jednak nadejścia błota. Po przebyciu około pięciuset kilometrów korytem rzeki, płynna góra zbliżała się niczym spektakularne wydarzenie.

Ogrom natury niepomiernie przekracza skalę miasta. Z daleka jeziora odpadów wyglądają jak obrazy. To co wydaje się być brzydkie, czasem okazuje się piękne, a nawet przerażające. Jednak swój rzeczywisty potencjał objawia dopiero, gdy dochodzi do wypadku. Dopóki warstwa geologiczna rozgrzebana na otwartym powietrzu dociera do miasta w postaci zwykłego, codziennego błota i pyłu, krąży między domami jak gęste, gorące powietrze pory suchej.

Zdekonstruowane konteksty miejskie, takie jak kampusy instytucji naukowych, wolne strefy ekonomiczne, plantacje eukaliptusów, opuszczone budynki, tereny poprzemysłowe, ruiny, miejskie pustynie, obszary górnicze, hałdy i obszary rolnicze są częścią stref cofki wielu miejscowości. To już nie są peryferia jako strefy graniczne, ale peryferia usytuowane pośród rzeczy, w niezdefiniowanej niewidzialności politycznej i środowiskowej.

Pewnego czwartku, prawie tydzień po przerwaniu zapory, gdy szlam już podsychał, postanowiliśmy pojechać do miasteczka Bento Rodrigues. Wyruszyliśmy wcześnie rano. Wiedzieliśmy, że cały ten obszar jest zamknięty i nie zostaniemy tam wpuszczeni, a mimo to pojechaliśmy.

Zębolita olbrzymia tak szaman Davi Kopenawa nazywa białego człowieka, który posiadając już wystarczająco dużo produktów i towarów, nadal przekopuje ziemię. Kopenawa mówi, że złoto, gdy jest jeszcze kamieniem, jest żywą istotą. Umiera dopiero stopione w ogniu, gdy jego krew paruje z wielkich kotłów w fabrykach białych ludzi.

Jak ogłosiły gazety, do wypadku doszło w mieście Mariana, które jednak, jak to bywa z małymi miejscowościami, wylewa się daleko poza właściwy obszar miejski. Po zaledwie dwudziestu kilometrach podróży drogą gruntową, natknęliśmy się na pierwszy dystrykt, o nazwie Camargos. Wzdłuż brązowo-fioletowawej drogi ziemia błyszczała. Nietrudno było dostrzec, że jest pełna rudy, widocznej już na powierzchni gleby. Jechaliśmy boczną, pustą drogą, widzieliśmy na niej tylko kilka ciężarówek. Znajdowało się tam także miejskie wysypisko. Camargos to oddalona miejscowość, którą wypadek przemienił w niemal miasto-widmo. Tego ranka było w nim tylko pięcioro mieszkańców. Ponownie ostrzegli nas, że główny obszar zalany błotem jest zamknięty, ale kontynuowaliśmy podróż.

Uwięzieni wśród szlamu i wciąż jeszcze daleko od Bento Rodrigues, wybraliśmy nieco dłuższą trasę, mając nadzieję, że dotrzemy nią do miejsca katastrofy. Po przejechaniu około sześćdziesięciu kilometrów zaczęłam rozumieć, dlaczego tak wielu mogło jeszcze ignorować sześćdziesiąt milionów metrów sześciennych odpadów. Miejscowość była prawie odcięta od świata, oddalona od tak zwanego miejskiego życia, a księżycowy krajobraz wokół wydawał się zbyt odległy. Małe miasteczko Bento Rodrigues zaistniało na chwilę tylko dlatego, że błoto opuściło strefę cofki, ten daleki kraniec miejskiej codzienności, i ruszyło na poszukiwanie innych miast. Błotnista rzeka zwróciłaby szerszą uwagę dopiero wtedy, gdyby zmiotła z powierzchni ziemi większe miasta.

Nie wpuszczono nas do strefy wypadku wstęp był wzbroniony, teren zamknięty, otoczony i monitorowany. W drodze powrotnej, zaraz za pierwszym zakrętem, spotkaliśmy dwoje mieszkańców, którzy też wracali tą samą, długą, gruntową drogą. Powiedzieli, że spróbują znaleźć inną ścieżkę albo wejście.

Popołudnie było gorące, a powietrze suche. Skóra zaczynała piec już po krótkim kontakcie ze słońcem. Droga była długa. Na jej dalekim krańcu, który mógłby się wydawać spokojny, bez ustanku krążyły furgonetki i ciężarówki.

Ze wzgórza, Bento Rodrigues wyglądało jak strefa działań wojennych albo raczej nagła ruina przyszłości. Wszystkie obrazy, oglądane przez tyle dni w telewizji, były teraz blisko nas, miały większą głębię, a przede wszystkim o czym nie pisała żadna gazeta zapach. W każdym zakątku tego zdewastowanego przez błoto miejsca unosił się odór śmierci i zgnilizny. Tak jak rozkładało się już każde zagrzebane w ziemi pożywienie, zwierzę i ciało, tak teraz dekomponował się w palącym odorze chemiczny szlam, gnijący wcześniej za zaporą.

Tłumaczenie z języka portugalskiego Dorota Kwinta

BIO

Simone Cortezão jest artystką wizualną i twórczynią filmów. W 2010 roku uzyskała dyplom magisterski w Szkole Sztuk Pięknych na UFMG (Uniwersytecie Federalnym Minas Gerais) w dziedzinie sztuk wizualnych. W 2017 roku uzyskała stopień doktora w Szkole Sztuk Pięknych na UERJ (Uniwersytecie Stanowym Rio de Janeiro). Simone wykłada i prowadzi badania w dziedzinie teorii urbanistycznych, sztuk wizualnych, kina, itd. Prezentowała swoje filmy na wielu festiwalach w kraju i za granicą, m.in. Visions du Réel (2017), The New Latin American Cinema Festival Hawana, Kuba (2009/2013); International Festival of Cinema of Viña del Mar Chile (2013); Tiradentes Film Festival (2009/2013); Rio de Janeiro International Short Film Festival; Gramado Film Festival (2007); FestCurtasBH (2015).

Filmografia (reżyseria, scenariusz, produkcja) Navios de Terra [Okręty lądowe] 70 min. (2017); Subsolos [Podziemie] 30 min. (2015); Vago Vizinho [Wolna okolica] 20 min. (2013) współreżyser: Ramilson Noronha; Abismo Circular [Kolista otchłań] 5 min. (2009); Até que chegue o fresco do dia [Zanim nadejdzie chłód dnia] 17 min (2008).

* Zdjęcie w tle: dwóch wędrowców idzie drogą pokrytą pomarańczowo-czerowym błotem. Zdjęcie: Ana Moravi. Dzięki uprzejmości artystki.